|
Filmy
obejrzane (w kinie)
2011
skala:
od
do 
Kino zaniedbałam trochę ostatnimi czasy, a notki
filmowe już zupełnie. Co nie znaczy, że filmów nie oglądam, bo
oglądam ich nawet więcej niż w ubiegłych latach, ino ekran mniejszy
a ja wygodniejsza ;) Ale gdyby ktoś miał wątpliwości - i tak uważam,
że do kina zawsze warto iść.
Tych, którzy mają ochotę zobaczyć moje opinie na
temat filmów obejrzanych w innych latach zapraszam do archiwum
- linki w bocznej kolumnie.
|
|
Para
na życie (Away We Go) reż. Sam Mendes |
 |
| Gdy pierwszy raz usłyszałam polski tytuł
tego filmu, pomyślałam o napędzie, który pcha do przodu
niczym lokomotywa parowa. Takie skojarzeniowe wyobrażenie
między mglistym obłoczkiem parującej wody a apetytem na
życie. Nie wiem nawet skąd się wzięło, a może to był zamierzony
efekt tłumacza? Dopiero podczas seansu uświadomiłam sobie,
że to przecież o parę dwojga ludzi chodziło, takich co to
na dobre i na złe. Mimo że tacy zwyczajni. Ale i ta para,
która ich napędza i daje im siłę do życia, jest w nich i
niemal namacalnie można ją dostrzec pomiędzy nimi.
Trzydziestoparolatkowie Verona (Maya Rudolph) i Burt (John
Krasinski mający polskie korzenie) spodziewają się dziecka.
Żyją w niezbyt pięknym otoczeniu, w którym utknęli właściwie
tylko ze względu na bliskość rodziców Burta. Oboje pracują
jako freelancerzy, więc wiele ich tam nie trzyma, gdy przed
narodzinami dziecka postanawiają odnaleźć w końcu swoje
miejsce na świecie, trochę się ustatkować przy zakładaniu
rodziny, co nie znaczy formalizowania związku - Verona zdecydowane
się temu sprzeciwia. Odwiedzają więc po kolei swoich najbliższych
krewnych i przyjaciół, szukając miasta, w którym chcieliby
mieć swój nowy dom.
Podróż daje okazję do uświadomienia sobie tego, co w życiu
najważniejsze, czego chcą doświadczać, jaką rodzinę chcą
stworzyć, a czego nawet nie będą próbować. Sam Mendes (znany
nam m.in. z reżyserowania "American Beauty") w
kolejnych napotykanych osobach karykaturalnie wręcz podkreśla
wady i zachowania (a)społeczne, charakterystyczne nie tylko
dla Stanów. A nasi bohaterowie, jak te Koziołki Matołki,
szukają po całym świecie czegoś, co jest bardzo blisko..
Miła, ciepła komedia, z trafnymi obserwacjami, momentami
wzruszająca, zdecydowanie warta polecenia.
|
|
|
Jak
zostać królem (The King's Speech) reż. Tom Hooper |
 |
| Zwycięzca tegorocznych Oscarów w czterech
najważniejszych kategoriach - czy zasłużenie? Nie widziałam
wszystkich pozostałych nominowanych, więc na razie nie ocenię
czy to byłby mój faworyt. Ze względu na słabość do Colina
Firtha - niewykluczone ;)
Oparta na faktach historia brytyjskiego nieoczekiwanego
wstąpienia na tron króla Jerzego VI. Niespodziewanego o
tyle, że w kolejce do korony był za swoim bratem Edwardem
VIII, więc nawet się do królewskiej roli nie przygotowywał
i nie ma ku temu predyspozycji. Edward jednak dość szybko
rezygnuje z pełnienia tego zaszczytnego stanowiska na rzecz
związku z kobietą, którą kocha, a której nie akceptuje ani
parlament ani społeczeństwo (dwukrotna, amerykańska rozwódka).
Bertie (zdrobnienie od Alberta, imię Jerzy przyjął po koronacji)
nie wierzy w siebie, jest zakompleksiony, a życie utrudnia
mu znacznie, wyśmiewana powszechnie, przypadłość - jąkanie.
Od dłuższego czasu bezskutecznie próbuje się z niej wyleczyć,
aż w końcu za namową żony trafia na nieszablonowego ortofonistę
Lionela (Geoffrey Rush). Ćwiczenia w końcu przynoszą widoczne
rezultaty. Co staje się o tyle ważne, że musi wziąć na siebie
ciężar odpowiedzialności i publicznych wystąpień. Coraz
popularniejsze staje się radio, wybucha druga wojna światowa
i naród oczekuje by król skierował do nich dające otuchy
słowa...
Na pewno przyzwoity kawałek kina, z paroma niezłymi scenami
i świetnymi aktorami, choć czy wstrząsnął, poraził, wzruszył
do łez i zapadł w pamięci na zawsze? hm, chyba jednak nie.
Z ciekawostek okołofilmowych Colin Firth spotkał na planie
"The King's Speech" swoją partnerkę z serialowej
ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" (oraz przez jakiś
czas ze wspólnego życia) - Jennifer Ehle. Tu zagrała żonę
Lionela.
|
|
|
|