Filmy
obejrzane (w kinie)
2003
skala:
od
do 
Tak się działo w roku 2003. Zainteresowanych nowszymi
kawałkami zapraszam do filmów obejrzanych w kolejnych latach -
linki w bocznej kolumnie.
Najniżej filmy kinowe oglądane na początku roku,
od góry dodaję nowe.
|
|
| |
Nigdzie w Afryce
(Nirgendwo in Afrika)
reż. Caroline Link |
|
"Pożegnianie z Afryką"
w wersji paradokumentalno-krajobrazowej, a mniej romantycznej.
Jettel Redlish (niemiecka Żydówka mieszkająca we Wrocławiu
w latach 1930.) tuż przed wybuchem II wojny światowej ucieka
z córką Reginą do męża - adwokata, pracującego na farmie
w Kenii. Z zimowej scenerii trafia wprost do gorącego, nieznanego
świata, którego nie rozumie i nie chce poznać, i który traktuje
jedynie jako przejściowe miejsce pobytu. Jej córka Regina
o wiele szybciej odnajdzie się w nowym środowisku, zaprzyjaźniając
szybko z miejscowym kucharzem i okolicznymi dziećmi. Ale
i sama pani Redlish wraz z upływem lat zacznie traktować
farmę i Afrykę jako swój dom.
Piękne, afrykańskie krajobrazy i niespiesznie
opowiedziania historia. O swoim miejscu na ziemi, które
czasem niewiadomo gdzie jest. Może bez wielkich wzruszeń,
ale ogląda się z uwagą.
|
|
|
| |
Pod słońcem Toskanii (Under
the Tuscan Sun)
reż. Audrey Wells |
|
Pytanie za sto punktów - jak
skutecznie sprzedać przewodnik po Toskanii, gdzie największą
atrakcją jest sama Toskania, a oprócz jej opisów w książce
Frances Mayes (na niej oparty jest ten film - patrz tomy
przeczytane w 2003) niewiele się dzieje? Zamieńmy
więc stateczne inteligenckie małżeństwo odwiedzające remontowany
dom w czasie uniwersyteckich wakacji na świeżo rozwiedzioną
Diane Lane, która zamieszkuje tam na stałe aby zacząć nowe
życie. Zamieńmy najbliższą rodzinę na przyjaciółkę lesbijkę
spodziewającą się dziecka, dodajmy przystojnego Raoula Bova'ę,
do którego wzdychają nie tylko Włoszki i jeszcze jakiś drobny
wątek polskiego robotnika i tubylczej Włoszki rodem z Romea
i Julii i już mamy cukiereczek, którego łatwiej sprzedać.
Zwłaszcza jak się ma takie widoki (toskańskie)... Dla nich
warto skusić się czasem nawet na odrobinę lukrowanej słodyczy
;)
PS Aha, Mayes napisała też drugą książkę o
Toskanii, a pewien Francuz całą serię o Prowansji, więc
jak cukiereczek dobrze się sprzeda to może będą i kolejne...
Prowansji w sumie też jeszcze nie widziałam ;)
|
|
|
| |
Gdzie jest Nemo (Finding
Nemo)
reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich |
|
Animowana rewelka :) Mały błazenek
Nemo z niedorozwiniętą prawą płetwą traci mamę i liczne
niedoszłe rodzeństwo zanim sam wyjrzy z ikry. Z tego powodu
staje się oczkiem w głowie nadmiernie troskliwego tatusia
Marlina. Chcąc się zbuntować przeciw rodzicielskiemu kloszowi
wpada w ręce ludzi i trafia do akwarium australijskiego
dentysty, który wkrótce planuje podarować pomarańczową rybkę
pewnej wrednej, małej dziewczynce. Wszystkie stworzenia
duże i małe będą pomagały tatusiowi i synkowi połączyć się
znów w wielkim oceanie. Tyle historii. A reszta boki zrywać,
choć nie wiem czy dzieciaki załapią ten humor. Rekiny na
odwyku (jeden na rybim głodzie wdzierający się w szczelinę
jak Jack Nicholson w "Lśnieniu"), żółwie-luzaki,
głupawe mewy "daj, daj" i akwariowe rybki jako
stomatologiczne spece to moi faworyci :) Kolejny raz obśmiałam
się jak norka, mimo że tekst tym razem nie był pióra Wierzbięty.
Dubbing jak należy i godny polecenia, zwłaszcza że nawijają
czasem dość szybko. Świetne efekty animacji podwodnego świata
i sympatycznych rybich pyszczków.
W mym prywatnym rankingu "Nemo" jest jednak za
"Shrekiem" (może to siła pierwszego? ;), ale przed
wszystkimi pozostałymi animacjami jakie ostatnio wypuściły
wielkie studia. Do zobaczenia. I nawet nie trzeba szukać
po rodzinie i znajomych dzieci do wypożyczenia ;)
PS aha, przed projekcją był króciutki filmik Pixara jeszcze
z lat 80. Chúd'a snehuliak..;)
|
|
|
| |
To właśnie miłość (Love actually)
reż. Richard Curtis |
|
Ach, jak to miło w ponury, listopadowy wieczór
trafić na tak udaną, romantyczną komedię :) Inteligentną,
śmieszną, relaksującą, kpiącą sobie z przedświątecznego
kiczu, grudniowych przebojów, ze stereotypów jakie mają
Brytyjczycy (ech, te Amerykanki ;), wtykającą szpile brytyjskiego
dowcipu gdzie się da. Bezbłędny podstarzały rockman (Billy
Nighty) zdobywający popularność wbrew wszystkim niepoprawnym
rzeczom, które wygaduje, zabawny i równie niepoprawny Hugh
Grant jako premier Wielkiej Brytanii i kilkanaście osób
wokół nich - różnych związków, różnego rodzaju i na różnym
etapie miłości, nie zawsze szczęśliwej i spełnionej. Wiadomość
dla wielbicielek Colina Firtha - nadal jest bardzo à
la pan Darcy ;) Dla wielbicieli innych brytyjskich aktorów
- znakomita obsada. Może nie wszystkie wątki były idealne
i nie wszystkie dowcipy rozbrajające, może niektóre powiązania
między bohaterami lekko wymuszone, ale to i tak jeden z
lepszych filmów tego gatunku na jakie udało mi się ostatnio
trafić. Polecam, szczególnie w okresie okołoświątecznym,
gdy łatwiej uwierzyć, że "Love actually is all around"
;)
PS Szkoda, że tak niewiele londyńskich plenerów widuje
się w filmach - w amerykańskich o wiele częściej pokazywana
jest przestrzeń miast, a w brytyjskich mam wrażenie, że
ludzie są pozamykani w ciasnych uliczkach, domach, fabrykach,
czasami mignie tylko jakiś standardowy Big Ben. Tu było
parę pięknych, przestrzennych ujęć Londynu, które bardzo
pozytywnie mnie zaskoczyły..
|
|
|
| |
Zmruż oczy
reż. Andrzej Jakimowski |
|
No i proszę, kolejny polski film, na który
warto się wybrać. Miły, ciepły, sielski, zabawny, ładnie
sfotografowany, do kontemplowania. Akcji w nim niewiele
- ot, gdzieś tam między pagórkami i łanami zbóż były nauczyciel
(Zamachowski) daje schronienie dziewczynce (Ola Prószyńska),
swojej byłej uczennicy, która uciekła z domu. Co chwilę
nachodzą go rodzice chowającej się pannicy, czasem przyjedzie
gościu próbujący wymóc na nim podpisanie wstecz umowy o
pracę albo wręczyć mu wymówienie, czasem policja nie przebrnie
przez błota, czasem odwiedzi stara brać z warszawki, fascynując
się wiejskim głupim Jasiem uczącym się greki. Film o (nie)przemijaniu
i (nie)zmienności. Tłumaczenie sensu mrużenia oczu trochę
łopatologiczne, ale całość pozostawia bardzo miłe wrażenie.
|
|
|
| |
Daleko od nieba (Far From Heaven)
reż. Todd Haynes |
|
Film umieszczony w stylu lat 1950. bardzo
mocno - od napisów rodem z filmów z tego okresu, przez muzykę
Elmera Bernsteina po wielkie samochody i piękne ale zupełnie
nierealne kolory i nieco teatralną scenografię (mam słabość
do tych bufiastych sukienek ;). Porusza sprawy, za które
można było zostać skazanym wówczas na ostracyzm społeczny
- homoseksualizm i kontakty międzyrasowe. W szanowanym ojcu
rodziny (Dennis Quaid) budzi się na nowo fascynacja mężczyznami,
którą usiłował w sobie już kiedyś zwalczyć. Szanowana pani
domu, jego żona (Julianne Moore) najbliższą sobie osobę
odnajduje w czarnoskórym ogrodniku (przystojny Dennis Haysbert,
znany m.in. z "Trzynastego piętra"). To w gruncie
rzeczy pogodna historia niespełnionej miłości, w oprawie
pięknej złoto-czerwonej jesieni, która jakby promieniuje
i przez kolejne pory roku. Mimo całej urody obrazu i przyjemności
jaką czerpiemy z projekcji, nie jest to jednak film, który
powiedziałby coś odkrywczego, albo poruszył do głębi. Zaliczyłabym
go do gatunku miłych, acz zapominanych.
|
|
|
| |
Pogoda na jutro
reż. Jerzy Stuhr |
|
Z zasady nie chodzę do kina na polskie filmy
- czekam aż pojawią się w TV. Ale zrobiła się taka jesienna
szaruga i miałam ochotę na coś pogodnego, a tytuł zachęcał.
Historia trochę naiwna - pan Kozioł (Jerzy Stuhr) wychodzi
w 1986 roku na jogging i ucieka do zakonu pozostawiając
żonę z trójką dzieci. Żyje w kompletnym oderwaniu od świata,
a dres mu przez ten czas nie tylko nie płowieje, ale nawet
jakby żywszych niż socjalistyczne kolorów nabiera. Przypadek
sprawia, że go z tego zakonu wyrzucają po 17 latach na powrót
do brutalnego świata, do żony żyjącej z innym facetem, syna
(Maciej Stuhr) babrającego się w polityce, córki biorącej
udział w reality show bez żadnego tabu oraz drugiej pakującej
się w narkotyki. A on im może oferować tylko swą miłość
i zainteresowanie i przekonać, że warto żyć według innych
wartości. Nie ma w tym moralizatorstwa i naiwności? Trochę
jest, ale w całej historii jest też tyle ciepła, że wychodzimy
z kina z przekonaniem, że po każdej szarudze wychodzi w
końcu słońce.
PS dla fanów jest też zamaskowany Myslovitz ;)
|
|
|
| |
Vengo (Vengo)
reż. Tony Gatlif |
|
Film, który jest pretekstem do grania hiszpańskiej
muzy i pokazywania andaluzyjskich krajobrazów. Taka trochę
krótsza i bardziej tragiczna 'Buena Vista Social Club'.
Dla podtrzymania całości jest historia - brat Caco zabił
mężczyznę z rodziny Caravaca i uciekł przed zemstą, pozostawiając
w rodzinnej wiosce niepełnosprawnego syna. Caco rozpacza
po śmierci córki Pepy (topiąc smutki w butelkach i na kolejnych
fiestach) i jednocześnie stara się uchować bratanka przed
vendetą. Tyle jeśli chodzi o treść. Szkoda, że tylko jedna
piosenka (bardzo fajna zresztą) dorobiła się tłumaczonych
słow - może z nimi łatwiej byłoby pojąć co im gra w duszach.
A tak dla mnie te kawałki pozostają tylko szybkim rytmem
flamenco i skrzeczącymi głosami. Gdyby było ciszej zasnęłabym
jak nic, ale dźwięk nastawiono na pełną widzów salę, a nie
na dwie osoby ;) Ocena wyłącznie ze względu na tę piosenkę
i na etnograficzną wartość poznawczą. Od flamenco wolę jednak
salsę ;)
|
|
|
| |
Bruce Wszechmogący (Bruce Almighty)
reż. Tom Shadyac |
|
Jima Carreya wolę w wersji dramatycznej,
bo żal mi gości którzy muszą robić z siebie idiotów żeby
się dać zauważyć. W "Bruce'ie" Carrey jest lekkostrawny,
zabawny, ale gdy jest w dołku to krzyczy na poważnie.
Egoistyczny reporter telewizyjny w szczęśliwym zdawałoby
się związku (Jennifer Aniston jako skromna przedszkolanka)
oskarża Boga o wszystkie swe niepowodzenia. W zamian otrzymuje
możliwość zastąpienia Go w czasie wakacji - w granicach
swego miasta Buffalo, żeby za dużo nie miał na głowie. Skupia
się głównie na poprawianiu własnego życia i dochodzi do
odkrywczego wniosku, że nie można wszystkim dogodzić i że
bycie Bogiem to nie taki piece of cake. Zgodnie z PC Wszechmogącym
jest Morgan Freeman, a różaniec buddyjski. Mimo paru patosowych
tekstów i przewidywalności śmiech jest zupełnie naturalną
reakcją. Główna w tym zasługa Carreya.
PS obsługa kina wie kiedy się zapala światło, więc proszę
grzecznie siedzieć, a jeśli już się zaczęło odwrót - to
nie zostawać w rzędzie tylko przejść na schody ;)
|
|
|
| |
| Terminator 3: Bunt maszyn
(Terminator 3: Rise of the Machines) reż. Jonathan Mostow |
|
Na pierwszym Terminatorze się bałam. Na drugim
mi się zdarzało poczuć lęk przed wszechmocną plazmatyczną
wersją mordercy. Na trzecim się bawiłam. Terminatorowa saga
nabiera rozpędu, młody Connor, podobnie jak jego kolega
z GW też już dorósł, zapowiedziano z kim będzie miał dzieci
(Claire Danes mimo że równolatka, wygląda na starszą o dobre
parę lat od Nicka Stahla) oraz kto go zabije. Efekty specjalne
przy pościgach i rozwałkach samochodów doprowadzone do granic
absurdu, nowa terminatrix jakoś mnie nie zastraszyła. Spodobała
mi się większa dawka humoru, ale cała historia spłynęła
po mnie niczym plazma z T-Xa, będąc wyraźnym preludium do
kolejnej 'ostatecznej rozgrywki'.
|
|
|
| |
Dwóch gniewnych ludzi (Anger
Management)
reż. Peter Segal |
|
Kolejny film, w którym rządzi strzelający
minami Nicholson. Właściwie z wiekiem lubię go coraz bardziej,
nawet jeśli filmy w których gra nie są najwyższych lotów.
Ocena znów tylko ze względu na niego - humor mniej mnie
bawił, a historia przymusowej terapii zarządzania gniewem
od początku wydawała się mocno naciągana. Ale znam osoby,
którym ten sposób 'kierowania własnymi emocjami' i walczenia
o swoje bardzo zaimponował i które zamierzają coś z tego
wprowadzić w czyn :) Jeśli więc kogoś skłoni do większej
asertywności - to chwała mu za to ;)
|
|
|
| |
Equilibrium
(Equilibrium)
reż. Kurt Wimmer |
|
| Świat po III wojnie. Libria to państwo,
którego mieszkańcy aby uniknąć kolejnych wojen i nieszczęść
biorą prozium - lek pozbawiający wszelkich emocji. Podejrzani
o odczuwanie czegokolwiek są eliminowani. Ale jak brak emocji
może zapobiec wojnom i przestępczości? Przecież to właśnie
znieczulenia trzeba żeby mordować z zimną krwią (co też
czynią służby dbające o 'nieodczuwanie'). Dla mnie niespójna
filozofia i dziurawy cały film. Strzelanki matrixowe, a
Christian Bale do złudzenia przypomina Neo. Miałam nadzieję
na coś więcej, co skłaniałoby do głębszych przemyśleń -
i rozczarowałam się. Zaskakiwały mnie jedynie wstawki muzyczne
przy poszczególnych scenach.
|
|
|
| |
Sekretarka
(Secretary)
reż. Steven Shainberg |
|
Romans w wersji SM podany w romantycznej
oprawie i z lekkim przymrużeniem oka. Nietypowe zestawienie,
balansujące na granicy wulgarności, ale sprawiające, że
czujemy sympatię do dwojga bohaterów - młodej dziewczyny,
która lubi odczuwać ból i jej nowego szefa (James Spader),
który ten ból lubi zadawać, ale nie ma odwagi się zaangażować.
Każdemu wolno kochać... ;)
PS ta dziewczyna ze swym uporem w oczekiwaniu miała w sobie
coś z bohaterów Marqueza.
|
|
|
| |
Telefon (Phone Booth)
reż. Joel Schumacher |
|
Budka telefoniczna z której nie można wyjść
tak długo, jak nie ponaprawia się swego życia i nie wyprostuje
relacji z bliskimi. Bo jakiś psychopatyczny zabójca ma cię
na muszce i postanowił uczynić świat lepszym. Mało przekonujące,
ale ogląda się dobrze, trzyma w napięciu mimo ograniczonego
miejsca akcji.
|
|
|
| |
I twoją matkę też (Y tu mama
tambien) reż. Alfonso Cuarón |
|
Meksyk, piękne krajobrazy, nie upiększane,
ale bliskie prozie życia. Sporo młodzieńczego seksu, bez
zbędnych ozdób ale i bez nadmiernej wulgarności (za to trochę
męskiej nagości, rzadziej obecnej w filmach). Niewymuszony
humor, czasem zbliżający się do granicy dobrego smaku, ale
jej nie przekraczający. Film o drodze, dojrzewaniu, poznawaniu
siebie, przyjaźni, uczciwości, wyborach, prowokacjach, czerpaniu
radości z życia. Pochwała życia zestawiona z pojawiającymi
się wątkami śmierci. Nietypowa narracja wielowątkowa rodzaju
"10 lat temu w tym miejscu stało się to" czy "ten
bohater za 2 lata wyjedzie i nigdy już nie będzie łowił
ryb". Zaskakujące zakończenie nadające nowego znaczenia
wcześniejszym scenom i wydarzeniom. W filmie w pewnym
momencie pojawia się piosenka, która towarzyszyła bohaterom
"Pokoju syna", podobnie jak tam będąc jednym z
elementów skłaniających do nostalgii i zadumy nad życiem.
Nie udało mi się nabrać sympatii do dwójki nastolatków,
ale spodobała mi się towarzysząca im kobieta i ich wspólna
historia.
PS Przed filmem wyświetlono krótki, polski film "Kocham
cię". Jeden dzień z życia domowej kobiety, myślącej
o ukochanym mężu, który znów zapomniał o rocznicy ich ślubu
i wyszedł do pracy, o pragnieniu dziecka, potrzebie czułości
i troski męża. Zwykła opowieść staje się szokująca przez
prosty zabieg - jest 'opowiedziana' przez... dmuchaną lalkę
z sex-shopu.
|
|
|
| |
Joint venture (Saving Grace)
reż. Nigel Cole |
|
Ile razy oglądam brytyjski film z niższych
sfer zastanawiam się co z tymi Brytyjczykami jest nie tak
- wszyscy jacyś tacy zdeformowani jak z Jasia Fasoli. Naprawdę
tacy są? Aż będę musiała się tam kiedyś wybrać i zweryfikować
osobiście.
Historia zaczyna się od pogrzebu męża Grace, mieszkającej
w pięknym starym domu w portowej, malowniczej miejscowości
Kornwalii. Wkrótce okazuje się, że szanowny małżonek nie
tylko nic jej nie pozostawił, ale narobił mnóstwo długów
i sam nie znajdując wyjścia popełnił samobójstwo. Cała lokalna
społeczność postanawia pomóc Grace, słynącej ze swej dobrej
ręki do roślin. Chłopak pomagający jej w ogrodzie zwraca
się do niej o pomoc w sprawie kiepsko rosnącej roślinki
o charakterystycznym kształcie. Już po 24h roślinka wypuszcza
nowe pączki, a Grace decyduje się stworzyć specjalne warunki
szklarniane, zapewnić roślinkom wiele światła i rozpocząć
hodowlę na większą skalę, aby zdobyć pieniądze na pokrycie
długów.
Z założenia miała to być zabawna historyjka z serii jak
sobie radzić w trudnych czasach i co jest wtedy dozwolone
(podobnie było w "Goło i wesoło"). Genialna Brenda
Blethyn (pamiętna z "Sekretów i kłamstw") - ta
ocena to głównie zasługa jej i cudownych nadmorskich krajobrazów.
Upalona grupka bezsensownie chichoczących nastolatków siedząca
parę rzędów wyżej sprawiła, że reszta wcale nie wydała mi
się taka zabawna.
|
|
|
| |
Schmidt (About Schmidt)
reż. Alexander Payne |
|
Warren Schmidt dopracował się zasłużonej
emerytury. Zegar wybija ostatnią godzinę w pracy, mija przyjęcie
organizowane na pożegnanie, a on nie potrafi się odnaleźć
w nowym życiu emeryta. Gdy do tego niespodziewanie umiera
mu żona czuje się zupełnie bezradny, niedoceniany i niepotrzebny.
Postanawia wyjechać do córki szykującej się na wesele. Kiedy
jednak ta zdecydowanie stwierdza, że nie życzy go sobie
wcześniej niż na 1-2 dni przed ślubem - Warren wyrusza w
małą podróż. Czy go odmieni? Niekoniecznie, ale coś się
w tym czasie w jego życiu zmieni, komuś okaże się potrzebny.
Ten film ma coś w sobie z "Prostej historii",
mimo że podróż nie była aż tak długa, 'traktorek' większy,
a całość nie tak pogodnie optymistyczna. Główną siłą napędową
"Schmidta" jest Nicholson. To zdecydowanie jego
film i jak dla mnie jedna z najlepszych jego ról. Bez niego
nie wiem czy w moim rankingu dostałby choćby 7/10. Nicholson
jest po prostu genialny, nie boi się pokazać starości, brzydoty,
niezdarności, śmieszności, łez czy... pośladków. No dobra,
potrafił to i wcześniej, ale przedtem mnie tak nie przekonywał.
Zaskakujące jak przy pomocy pozornie kamiennej twarzy z
wpółotwartymi ustami potrafi wyrazić całą gamę uczuć i myśli.
Zapadło mi w pamięć jedno drobne, małe, przebiegłe spojrzenie,
które rzucił gdy pewna pocieszycielka tuliła go mówiąc 'you
sad, sad man..'. Spojrzenie, które wyrażało dokładnie to,
co za chwilę zamierzał zrobić ;)
|
|
|
| |
Smak życia (L'auberge espagnole)
reż. Cedric Klapisch |
|
Grupka studentów na rocznym stypendium w
Barcelonie. Któż z nas tego nie przeżył i nie wspomina z
nostalgią jako jednego z najpiękniejszych okresów w swoim
życiu? ;) Zbieranina ludzi z całej Europy, z goścmi z innych
kontynentów, mówienie w języku który akurat jest potrzebny
i za chwilę zmienianie na inny, karteczki przy telefonach
z obcojęzycznymi tekstami, poznawanie innych zwyczajów,
obalanie stereotypów, przy okazji uczenie się samodzielności
i tolerancji dla wszelkich odmienności. Bolesne rozstania,
długie listy, dreszczyk nowych uczuć i... powrót do świata,
w którym nie można już być takim, jak się było. I na który
patrzy się już inaczej...
"Hiszpańska oberża" (w Hiszpanii przetłumaczona
jako "Dom wariatów", a w Wielkiej Brytanii jako
"Euro pudding" :0) jest takim kosmopolitycznym
filmem, bardzo na czasie w jednoczącej się Europie, wielojęzycznym,
wielokulturowym, choć niezbyt głębokim. Miło się ogląda,
czasem można się zaśmiać, ale brakowało mi trochę wyrazistych
postaci - niewiele dowiedziałam się o Duńczyku, Niemcu i
Hiszpance, o Włochu praktycznie nic, a szkoda, bo można
było na tej grupce zbudować coś przynajmniej podobnego do
zarysu Belgijki - lesbijki. Fani Audrey Tautou będą pewnie
zawiedzeni, mimo że cały film nietypowym stylem opowiadania
przypomina męską wersję "Amelii". Francuska biurokracja
i sposób pracy bardzo prawdziwe (tony pieczątek, papierów,
teczek, kumoterstwo i poranne small talks przy automacie
z kawą...). Jak donosiła z fotela obok stypendystka z Barcelony
- hiszpańskie środowisko, klimat i bajzel też były wiernie
oddane - aż zachciała tam wracać ;) Mnie tak nie porwało,
ale hiszpański będzie pewnie następny w kolejce do nauki,
bo Gaudiego chciałabym zobaczyć rozumiejąc co się dzieje
w "oryginalnym" otoczeniu :)
|
|
|
| |
Adaptacja (Adaptation)
reż. Spike Jonze |
|
Nie lubię się męczyć w kinie, a tu przynajmniej
przez połowę męczyłam się okrutnie, mając w pamięci własną
niemoc twórczą z okazji pisania różnych prac dyplomowych.
Brrr. Charlie Kaufman (Nicholas Cage), znany scenarzysta
m.in. 'Being John Malkovich', dostaje zlecenie napisania
scenariusza na podstawie książki o złodzieju orchidei, napisanej
przez Susan Orlean (Meryl Streep). Książka bardzo mu się
podobała, jednak jest o tyle trudna w adaptacji, że pełna
jest rozmyślań narratora, a akcja wątła. Jednocześnie poznajemy
jak autorka, dziennikarka New York Timesa przygotowywała
się do swego dzieła, jak poznawała historię złodzieja orchidei,
jego samego i innych łowców trudnych do zdobycia odmian
tych kwiatów. Pełno jest ciekawych przejść w rodzaju "trzy
lata temu", "4 miliardy i 40 lat temu", "pół
roku później", co znacznie ożywia opowiadanie. Kaufman
ma brata bliźniaka Donalda, będącego jego zaprzeczeniem
- żywiołowego, zaadaptowanego dobrze w otoczeniu, piszącego
zupełnie inne scenariusze, chodzącego na warsztaty pisania.
Charlie sam się w końcu wybierze na przetestowany przez
brata kurs dla scenarzystów i usłyszy od guru McKee, że
ma wymyśleć najpierw dobre zakończenie, dodać trochę akcji,
wprowadzić przemianę bohatera i zabrać narratora, że widownia
zapomni kiepski początek i środek jeśli będzie dobry koniec...
Hmm, nawet się zgadza. Nie trzeba dodawać, że w końcu zamiast
adaptacji książki powstaje ździebko inny scenariusz.
Na uznanie zasługują aktorzy - Cage w podwójnej roli braci
Kaufmanów, Streep (bardzo przekonująco potrafi zachwycić
się swą stopą) i Cooper jako znawca orchidei.
Sądzę, że film nieźle się nadaje na dyskusje o dostosowywaniu
się do innych, odkrywaniu piękna, sensie i pasji życia,
miłości, zawodach twórczych, przewrotności filmu, żonglerce
scenarzystów czy innych podobnych rzeczach. Tyle że ja akurat
teraz nie mam ochoty na takie dyskusje i analizy i ponownie
na film bym się nie wybrała.
PS A, piosenka The Turtles "Happy together" bardzo
miło się przyczepia do ucha :) "Imagine me and you
I do, I think about you day and night.." Czy ktoś tego
już w filmie nie użył?
PS No i kwiatki były ładne ;)
|
|
|
| |
Jak stracić chłopaka w 10
dni
(How to lose a guy in 10 days)
reż. Donald Petrie |
|
Ona jest autorką porad w kobiecym czasopiśmie,
ale marzy o poważnych artykułach typu jak zaprowadzić pokój
w Tadżykistanie. On pracuje w agencji reklamowej i chce
prowadzić projekt klienta - potentata z branży jubilerskiej.
Ona ma w 10 dni napisać artykuł zbierający wszystko złe,
co dziewczyny robią gdy się zakochują. W tym celu ma znaleźć
faceta, jeden wspaniały wieczór aby rybka chwyciła przynętę,
a potem zmasowany atak kobiecych błędów aby zdobyć dowód,
że żaden facet tego nie wytrzyma i po paru dniach ucieknie.
On aby udowodnić, że zna kobiety (i zdobyć projekt) twierdzi,
że każdą potrafi w sobie rozkochać i przyjmuje zakład koleżanek,
że za 10 dni wskazana przez nie kobieta będzie go kochać.
Przewidywalne do bólu, na kilometr widać strzelby, które
zaraz będą strzelać, prawdopodobieństwo że taki przystojny,
wolny, mający kochającą rodzinę i uwielbiający dzieciaki
facet nie potrafił być z żadną kobietą dłużej niż na jedną
noc bliskie zeru, a mimo wszystko ogląda się to miło, jest
zabawnie, relaksacyjnie, miejscami romantycznie. Ciekawie
zarysowane postacie drugoplanowe - koleżanki, koledzy i
szefostwo głównych bohaterów - skojarzyło mi się z filmami
w rodzaju "Notting Hill" czy "Cztery wesela
i pogrzeb". Dwie godziny niezłej rozrywki bez zobowiązań.
A może ktoś dostrzeże co robił niewłaściwie? ;) Aha, jedyna
strzelba która nie wypaliła jak sugerowała przewidywalność
scenariusza to bilety na mecz. Sądzę, że pierwotnie mieli
w zamyśle ciut inne zakończenie.
|
|
|
| |
Wszystko na wierzchu (Full Frontal)
reż. Steven Soderbergh |
|
Pokręcony, wielopłaszczyznowy Soderbergh,
z udziałem m.in. Julii Roberts i Davida Duchovnego. Ma to
być coś na kształt naśmiewania się z amerykańskiej mody
na dogmę. Oglądamy historię pewnego spotkania, równolegle
losy kilku związanych ze sobą osób, potem okazuje się że
historia spotkania jest fikcją, kręconym filmem, a w nim
jest jeszcze jeden film (w epizodach Brad Pitt, David Fincher).
Pojawia się m.in. wątek pokazywania a raczej niepokazywania
w amerykańskich produkcjach miłości w wykonaniu czarnoskórych,
zwłaszcza w parach mieszanych (Spike'owi Lee by się podobało
;). Rzeczywistość pokazana dogmowym gruboziarnistym, trzęsącym
się obrazem, kręcony film piękny, gładki i kolorowy. Można
się trochę zakręcić w tych warstwach, a początkowe napisy
mogą wprowadzić w błąd, niektórzy w kinie zaczęli się nawet
zastanawiać czy nie pomylili sal ;) W sumie film ciekawy,
ale z czasem zaczyna nużyć. Zachęcił mnie trailer - zabawny
i intrygujący. Jak się okazało były w nim najlepsze sceny,
które w filmie bez zajawkowego montażu znacznie straciły
na uroku. Poprzednie trzy filmy Soderbergha podobały mi
się bardziej.
|
|
|
| |
25 godzina (25th Hour)
reż. Spike Lee |
|
Film powstał na podstawie powieści Benioffa (już czeka
na stoliku w kolejce do czytania). Ostatni dzień na wolności
z życia dilera narkotyków (Edward Norton), przed 7-letnią
odsiadką. Dzień na uporządkowanie swych relacji z ojcem,
dziewczyną, kumplami, mafią, na znalezienie opiekuna dla
psa, którym się zaopiekował. Na doświadczenie miłości,
nauczenie się odpowiedzialności za własne czyny i poznanie
jak łatwo czasem stracić coś, czego wartości się nie doceniało.
Zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu są dialogi, po
prostu przykuwają uwagę, a mówi się tam sporo. Jest parę
mocnych tekstów, jak choćby monolog głównego bohatera
w barowej toalecie, gdy wyrzuca z siebie całą nienawiść
do różnych grup religijno - narodowościowo- rasowych żyjących
w Nowym Jorku. Są ujęcia reszty gruzowiska po WTC - pewnie
miały stanowić jakieś odniesienie do zburzonego życia
bohatera, pustki i tego czy sobie na to zasłużył - ale
mnie specjalnie nie przekonały. Spodobało mi się za to
niedopowiedziane zakończenie.
Lubię Nortona od czasu jak poraził mnie w "American
History X" - tu jest bardziej wyciszony, choć nadal
niezły. Wśród partnerujących mu widzimy m.in. Annę Paquin
i Philipa Seymour Hoffmana. Ona od czasu "Lekcji
fortepianu" wyrosła na brzydką nastolatkę - gra lolitkę
do złudzenia przypominającą Juliette Lewis. Kochający
się w niej trzydziestoletni ciamajdowaty nauczyciel o
nieświeżym oddechu (P.S.Hoffman) jest na tyle charakterystyczny,
że można go było zapamiętać choćby z epizodów w "Czerwonym
smoku" (spalony grubas) czy "Magnolii"
(opiekun umierającego Partridge'a).
Film widziałam w kwietniu na jednym z nielicznych w Polsce
pokazów. Nie wiadomo czemu dystrybutor zdecydował się
go wycofać z całej Europy i przełożyć premierę na lato.
Warto się na niego wybrać.
|
|
|
| |
Chicago (Chicago)
reż. Rob Marshall |
|
Jest parę musicali, które lubię, niektóre
nawet bardzo. Chicago do nich nie należy. Tańczą ładnie,
ale żadnego kawałka nie nuciłam po wyjściu z kina. Większych
emocji też nie obudził. Przyzwoicie, bez fajerwerków. A
całe to oscarowe szaleństwo to jakieś nieporozumienie. Jedyne
co mnie zdziwiło na plus to zajawka, która nie zdradza akcji
- przypuszczałam że inaczej będzie się działo.
PS parę miesięcy później poszłam na "Chicago"
do Teatru Muzycznego w Gdyni. Niby to samo, a jakby zabawniej,
z elementami absurdalnego humoru, wchodzenia w publikę i
większą ilością sex appealu (panom powinno się spodobać
kilkanaście zgrabnych, ładnych aktorek paradujących przez
większość spektaklu w czarnej bieliźnie, z podwiązkami i
elementami skórzanymi, a panie nie powinny narzekać na kilkunastu
muskularnych, tańczących panów w stylu czipendejlsów). Velma
z Roxy były bardziej zgrane wokalnie, tylko finał miały
mniej wybuchowy.
|
|
|
| |
W krainie bogów (Spirited Away)
reż. Hayao Miyazaki |
|
To mój pierwszy kontakt z Miyazakim. Nigdy
nie byłam fanką ani japońskich komiksów ani anime, ale lubię
odrobinę magii, tajemnicy i doceniania podstawowych wartości.
Historia 10-letniej dziewczynki, która trafia z rodzicami
(bardzo europejskimi w wyglądzie) do dziwnego miasta. Gdy
rodzice rzucają się na wyłożone tam jedzenie zamieniają
się z obżarstwa w świnie. Nadchodzi wieczór, miasto ożywa,
a dziewczynka chcąc uwolnić rodzicieli musi w nim pozostać,
postarać się przetrwać i ciężko pracować w wielkiej łaźni,
do której przychodzą bogowie gór, rzek.. Dzięki swemu zaangażowaniu
i dobremu sercu sprosta wszystkim wyzwaniom, pomoże wielu
istotom, stanie się bardziej dojrzała i dbająca o innych.
Pozna też urok pierwszego uczucia (zgrzytnęło mi to jako
niepotrzebne).
Dziwnie trochę czułam się w kinie, gdzie oprócz mnie i 2-3
fanów japońskiej animacji było (z rodzicami) kilkanaścioro
dzieciaków w wieku 1-8 lat. Nawet te 7-letnie po jakiejś
godzinie zaczęły trwożliwie tulić się do ojców, zjawa w
masce Mike'a Meyersa naprawdę mogła je przerazić. Oprócz
tych paru niemal horrorowych momentów "Spirited Away"
pozostaje jednak bajką, zaskakującą widza nieobeznanego
z kulturą Wschodu. Bajką magiczną, która w pełni zasłużenie
zdobyła Oscara w kategorii filmów animowanych.
Warto zaznaczyć, że jest to kolejna animacja z dobrym dubbingiem
i tłumaczeniem Wierzbięty - nawet tu zdołał przemycić parę
dyskretnie zabawnych tekstów, choć nie jest to typowa animowana
komedyjka w jakich się ostatnio specjalizuje.
|
|
|
| |
Godziny (The Hours)
reż. Stephen Daldry |
|
Trzy kobiety, trzy życia, wiele godzin do
spędzenia, decyzji do podjęcia. Walcząca z chorobą psychiczną
Virginia Woolf (Nicole Kidman) pisze "Panią Dalloway",
pani domu z lat 50. (Julianne Moore) ją czyta, zaś współczesna
Amerykanka Clarissa (Meryl Streep) ją zna - i wszystkie
trzy odnajdują się w tej książce, w ciągu jednego długiego
dnia z ich życia. Jest w tym sporo smutku, nutka melancholii,
ale i optymizmu. Genialny montaż, świetne wszystkie trzy
panie. Dzielnie wtórują im Ed Harris jako umierający na
AIDS przyjaciel Streep i Jeff Daniels, który go jej kiedyś
odebrał. Częściowo rozumiałam ich postępowanie... choć do
pewnego momentu i nie do końca. I może przez to 'nie do
końca' ocena nie jest wyższa.
|
|
|
| |
Porozmawiaj z nią (Hable
con Ella)
reż. Pedro Almodavar |
|
To z kolei był pierwszy Almodovar, którego
obejrzałam do końca. Dwie 'pary', dwie nieprzytomne kobiety
po wypadkach i dwaj mężczyźni którzy się nimi opiekują.
Uczą się okazywania uczuć i takie tam. Po dwóch miesiącach
od seansu trudno mi wskrzesić z siebie więcej jak to, że
podobal mi się gitarowy, hiszpański kawałek, który ktoś
śpiewał wieczorem.
|
|
|
| |
Złap mnie, jeśli potrafisz (Catch
me if you can)
reż. Steven Spielberg |
|
Lata 60., nastolatek po rozwodzie rodziców
ucieka z domu i zaczyna podrabiać czeki jako pilot, lekarz,
prawnik. Przed dojściem do amerykańskiej pełnoletności wyprowadza
z systemu bankowego ponad 4 mln dolarów, ścigany przez depczącego
mu ciągle po piętach agenta (Tom Hanks), z którym nawiązuje
specyficzną więź. Podobno jest to prawdziwa historia genialnego
fałszerza, którego później FBI zwerbowało do pomocy przy
łapaniu mu podobnych. A jak ją opowiedziano? Klimacik lat
60. dla miłośników tego okresu zachowany. Szkoda że akcja
toczy się tak niemrawo i przydługo, bo film jest dobrze
zagrany (świetny chociażby Christopher Walken w roli ojca).
Di Caprio niektórymi gestami przypominał mi niedorozwiniętego
brata Gilberta Grape'a - zwłaszcza to charakterystyczne
pocieranie nosa w zakłopotaniu. Pozostało uczucie pewnego
niedosytu. Jest parę filmów na tej stronie, które mogłabym
bardziej polecić niż ten.
|
|
|
| |
Frida (Frida)
reż. Julie Taymor |
|
Ach te żywe kolory i muzyczka jak z fajnej
meksykańskiej knajpy..:) One zaczarowały mnie najbardziej.
Nie miałam wcześniej kontaktu z twórczością Fridy Kahlo
i na ogół nie wyrywam się do biograficznych filmów, ale
muszę przyznać, że dość sprawnie zinterpretowano jej malarstwo
przez pokazanie pokręconego życia i uczuć malarki. Zupełnie
inaczej będę je teraz oglądać. I może trochę rozumieć? Salma
Hayek ładna, choć z niektórych gestów i wyrazów twarzy robi
sobie wytrychy na pokazanie wszystkiego. Dlaczego za Fridą
tak obie płcie szalały? :0 Koleżanka po lekturze książki
była bardzo zawiedziona filmem. Tym razem nie mam ochoty
zagłębiać się w lekturę, postać Fridy nie zafascynowała
mnie na tyle.
|
|
|
| |
Randka z Lucy (I'm with Lucy)
reż. Jon Sherman |
|
Miło mnie ten film zaskoczył, a przemknął
przez nasze ekrany dość szybko. Lucy (Monica Potter) wygląda
jak młodsza siostra Julii Roberts. W mało kulturalny sposób
rzuca ją facet, który wydawał się idealnym. Aby wyjść z
dołka i w końcu znaleźć tego jedynego decyduje się za namową
koleżanek na randki w ciemno. W ciągu roku pozna pięciu
różnych facetów - entomologa do złudzenia przypominającego
Macieja Orłosia, dramatopisarza będącego skrzyżowaniem Phoenixa
i Maćkowiaka, macho baseballistę (Joe Pesci plus paru włoskich
mafiozów), bezczelnego właściciela sklepu komputerowego
(przypominał mi fana muzyki brytyjskiej - M. Totoszkę z
drugiej edycji "Idola", tyle że z oczami Billa
Pullmana) i ortopedę (nikogo mi nie przypominał, ale był
przystojny i to morze jak z greckiej widokówki..). Sama
Lucy zaprezentuje się w wersjach: pijano-paranoicznej, namiętnej,
chłodno-kulturalnej, zakichanej i wakacyjnie-sportowej.
Która kombinacja zadziała? Lucy szykuje się do ślubu ze
swą drugą połówką, ale nie wiemy kto jest wybrankiem. We
flashbacku poznajemy po kawałku historie wszystkich spotkań
- możemy obstawiać i nieźle się bawić. Zwłaszcza, że Lucy
nikogo nie skreśla od razu, choćby nie wiadomo jak mało
obiecujący był wstęp. Miło, zabawnie i romantycznie, świetny
relaks. Może odnajdziecie coś z własnych doświadczeń ;)
W kategorii komedia romantyczna oceniam ją wysoko :)
PS Hint: Sandra Bullock grała kiedyś w pewnej romantycznej
historii, którą też lubię. Przypadkowo jej postać też miała
na imię Lucy. Wybrankowie obu Lucynek mają coś wspólnego
:)
|
|
|
| |
Moje wielkie, greckie wesele
(My Big Fat Greek wedding)
reż. Joel Zwick |
|
Sława "Wielkiego, greckiego wesela"
niosła się zza oceanu szerokim echem. Że taki niskobudżetowy,
a tyle zarobił i to bez reklamy, że taka prosta historia,
a tak świeżo opowiedziana. Komizm oparty jest głównie na
zderzeniu dwóch światów - amerykańskiego, wykształconego,
bogatego i zimnego, żyjącego w rodzinach ograniczonych do
minimum z greckim, prostym, mniej zamożnym i wykształconym,
ale pełnym życia, gwaru, krewnych i zwyczajów. Miałam podczas
seansu obok siebie znawczynię Greków i ich kultury - potwierdzała
zaśmiewając się do rozpuku, że było wiele prawdy w przedstawieniu
Greków z tym ich zamiłowaniem do kiczu, nacjonalizmem czy
kobietami które naprawdę rządzą. Nawet jeśli czasem trochę
przerysowali. Całe to towarzystwo było jak z innego, hinduskiego
wesela. Chyba czeka nas trochę barwnych opowieści z mniej
znanych filmowo regionów. Nie mam nic naprzeciwko. Misie
bardzo.
PS Zauważyliście jak Greczynki poważnie wyglądają? Nastolatki
są zupełnie jak dorosłe kobiety, a 20-30 latkom można by
przynajmniej z 5 lat za wygląd dodać.
|
|
|
| |
Dziewczyna z Alabamy (Sweet
Home Alabama)
reż. Andy Tennant |
|
Reese Witherspoon rośnie na jedną z lepiej
zarabiających kobiecych gwiazd Hollywoodu. I jest nieodparcie
sympatyczna. Polubiłam jej "Legalną blondynkę"
i właściwie z tego względu wybrałam się na "Dziewczynę
z Alabamy". Prowincjuszka, która zdobyła wielki świat
mody, dobrą partię i zaręczynowy pierścionek od Tiffany'ego
wraca w rodzinne strony aby... załatwić formalności rozwodowe
z mężem zostawionym 7 (?:0) lat wcześniej. Jej prymitywny
'ex'-mąż z Alabamy Jake (Josh Lucas) okazuje się bardzo
pierwotnie męskim facetem, na dodatek wrażliwcem, z artystyczną
duszą, wciąż kochającym swą żonę. Powrót do źródeł i odkrywanie
na nowo tego, co w życiu ważne, rozterki którą drogą iść...
(czyż to nie oczywiste? ;) Potencjalna nowa teściowa - pani
gubernator w wykonaniu Candice Bergan przypomniała najlepsze
czasy Murphy Brown ;)
Lekkie, przyzwoite, choć trochę standardowe kino na romantyczny
wieczór.
|
|
|
|