Tędy do głównych drzwi :)
Joanna Lewandowska - Prywatne Strony
Znak autorki :)
     


Filmy obejrzane (w kinie) 2003

skala: od 1/10 - Katastrofa do 10/10 Rewelacja!

Tak się działo w roku 2003. Zainteresowanych nowszymi kawałkami zapraszam do filmów obejrzanych w kolejnych latach - linki w bocznej kolumnie.

Najniżej filmy kinowe oglądane na początku roku, od góry dodaję nowe.


 
Nigdzie w Afryce (Nirgendwo in Afrika)
reż. Caroline Link
7/10

"Pożegnianie z Afryką" w wersji paradokumentalno-krajobrazowej, a mniej romantycznej. Jettel Redlish (niemiecka Żydówka mieszkająca we Wrocławiu w latach 1930.) tuż przed wybuchem II wojny światowej ucieka z córką Reginą do męża - adwokata, pracującego na farmie w Kenii. Z zimowej scenerii trafia wprost do gorącego, nieznanego świata, którego nie rozumie i nie chce poznać, i który traktuje jedynie jako przejściowe miejsce pobytu. Jej córka Regina o wiele szybciej odnajdzie się w nowym środowisku, zaprzyjaźniając szybko z miejscowym kucharzem i okolicznymi dziećmi. Ale i sama pani Redlish wraz z upływem lat zacznie traktować farmę i Afrykę jako swój dom.

Piękne, afrykańskie krajobrazy i niespiesznie opowiedziania historia. O swoim miejscu na ziemi, które czasem niewiadomo gdzie jest. Może bez wielkich wzruszeń, ale ogląda się z uwagą.

 

 
Pod słońcem Toskanii (Under the Tuscan Sun)
reż. Audrey Wells
6/10

Pytanie za sto punktów - jak skutecznie sprzedać przewodnik po Toskanii, gdzie największą atrakcją jest sama Toskania, a oprócz jej opisów w książce Frances Mayes (na niej oparty jest ten film - patrz tomy przeczytane w 2003) niewiele się dzieje? Zamieńmy więc stateczne inteligenckie małżeństwo odwiedzające remontowany dom w czasie uniwersyteckich wakacji na świeżo rozwiedzioną Diane Lane, która zamieszkuje tam na stałe aby zacząć nowe życie. Zamieńmy najbliższą rodzinę na przyjaciółkę lesbijkę spodziewającą się dziecka, dodajmy przystojnego Raoula Bova'ę, do którego wzdychają nie tylko Włoszki i jeszcze jakiś drobny wątek polskiego robotnika i tubylczej Włoszki rodem z Romea i Julii i już mamy cukiereczek, którego łatwiej sprzedać. Zwłaszcza jak się ma takie widoki (toskańskie)... Dla nich warto skusić się czasem nawet na odrobinę lukrowanej słodyczy ;)

PS Aha, Mayes napisała też drugą książkę o Toskanii, a pewien Francuz całą serię o Prowansji, więc jak cukiereczek dobrze się sprzeda to może będą i kolejne... Prowansji w sumie też jeszcze nie widziałam ;)

 

 
Gdzie jest Nemo (Finding Nemo)
reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich
9/10

Animowana rewelka :) Mały błazenek Nemo z niedorozwiniętą prawą płetwą traci mamę i liczne niedoszłe rodzeństwo zanim sam wyjrzy z ikry. Z tego powodu staje się oczkiem w głowie nadmiernie troskliwego tatusia Marlina. Chcąc się zbuntować przeciw rodzicielskiemu kloszowi wpada w ręce ludzi i trafia do akwarium australijskiego dentysty, który wkrótce planuje podarować pomarańczową rybkę pewnej wrednej, małej dziewczynce. Wszystkie stworzenia duże i małe będą pomagały tatusiowi i synkowi połączyć się znów w wielkim oceanie. Tyle historii. A reszta boki zrywać, choć nie wiem czy dzieciaki załapią ten humor. Rekiny na odwyku (jeden na rybim głodzie wdzierający się w szczelinę jak Jack Nicholson w "Lśnieniu"), żółwie-luzaki, głupawe mewy "daj, daj" i akwariowe rybki jako stomatologiczne spece to moi faworyci :) Kolejny raz obśmiałam się jak norka, mimo że tekst tym razem nie był pióra Wierzbięty. Dubbing jak należy i godny polecenia, zwłaszcza że nawijają czasem dość szybko. Świetne efekty animacji podwodnego świata i sympatycznych rybich pyszczków.
W mym prywatnym rankingu "Nemo" jest jednak za "Shrekiem" (może to siła pierwszego? ;), ale przed wszystkimi pozostałymi animacjami jakie ostatnio wypuściły wielkie studia. Do zobaczenia. I nawet nie trzeba szukać po rodzinie i znajomych dzieci do wypożyczenia ;)

PS aha, przed projekcją był króciutki filmik Pixara jeszcze z lat 80. Chúd'a snehuliak..;)

 

 
To właśnie miłość (Love actually)
reż. Richard Curtis
8/10

Ach, jak to miło w ponury, listopadowy wieczór trafić na tak udaną, romantyczną komedię :) Inteligentną, śmieszną, relaksującą, kpiącą sobie z przedświątecznego kiczu, grudniowych przebojów, ze stereotypów jakie mają Brytyjczycy (ech, te Amerykanki ;), wtykającą szpile brytyjskiego dowcipu gdzie się da. Bezbłędny podstarzały rockman (Billy Nighty) zdobywający popularność wbrew wszystkim niepoprawnym rzeczom, które wygaduje, zabawny i równie niepoprawny Hugh Grant jako premier Wielkiej Brytanii i kilkanaście osób wokół nich - różnych związków, różnego rodzaju i na różnym etapie miłości, nie zawsze szczęśliwej i spełnionej. Wiadomość dla wielbicielek Colina Firtha - nadal jest bardzo à la pan Darcy ;) Dla wielbicieli innych brytyjskich aktorów - znakomita obsada. Może nie wszystkie wątki były idealne i nie wszystkie dowcipy rozbrajające, może niektóre powiązania między bohaterami lekko wymuszone, ale to i tak jeden z lepszych filmów tego gatunku na jakie udało mi się ostatnio trafić. Polecam, szczególnie w okresie okołoświątecznym, gdy łatwiej uwierzyć, że "Love actually is all around" ;)

PS Szkoda, że tak niewiele londyńskich plenerów widuje się w filmach - w amerykańskich o wiele częściej pokazywana jest przestrzeń miast, a w brytyjskich mam wrażenie, że ludzie są pozamykani w ciasnych uliczkach, domach, fabrykach, czasami mignie tylko jakiś standardowy Big Ben. Tu było parę pięknych, przestrzennych ujęć Londynu, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły..

 

 
Zmruż oczy
reż. Andrzej Jakimowski
7/10

No i proszę, kolejny polski film, na który warto się wybrać. Miły, ciepły, sielski, zabawny, ładnie sfotografowany, do kontemplowania. Akcji w nim niewiele - ot, gdzieś tam między pagórkami i łanami zbóż były nauczyciel (Zamachowski) daje schronienie dziewczynce (Ola Prószyńska), swojej byłej uczennicy, która uciekła z domu. Co chwilę nachodzą go rodzice chowającej się pannicy, czasem przyjedzie gościu próbujący wymóc na nim podpisanie wstecz umowy o pracę albo wręczyć mu wymówienie, czasem policja nie przebrnie przez błota, czasem odwiedzi stara brać z warszawki, fascynując się wiejskim głupim Jasiem uczącym się greki. Film o (nie)przemijaniu i (nie)zmienności. Tłumaczenie sensu mrużenia oczu trochę łopatologiczne, ale całość pozostawia bardzo miłe wrażenie.

 

 
Daleko od nieba (Far From Heaven)
reż. Todd Haynes
7/10

Film umieszczony w stylu lat 1950. bardzo mocno - od napisów rodem z filmów z tego okresu, przez muzykę Elmera Bernsteina po wielkie samochody i piękne ale zupełnie nierealne kolory i nieco teatralną scenografię (mam słabość do tych bufiastych sukienek ;). Porusza sprawy, za które można było zostać skazanym wówczas na ostracyzm społeczny - homoseksualizm i kontakty międzyrasowe. W szanowanym ojcu rodziny (Dennis Quaid) budzi się na nowo fascynacja mężczyznami, którą usiłował w sobie już kiedyś zwalczyć. Szanowana pani domu, jego żona (Julianne Moore) najbliższą sobie osobę odnajduje w czarnoskórym ogrodniku (przystojny Dennis Haysbert, znany m.in. z "Trzynastego piętra"). To w gruncie rzeczy pogodna historia niespełnionej miłości, w oprawie pięknej złoto-czerwonej jesieni, która jakby promieniuje i przez kolejne pory roku. Mimo całej urody obrazu i przyjemności jaką czerpiemy z projekcji, nie jest to jednak film, który powiedziałby coś odkrywczego, albo poruszył do głębi. Zaliczyłabym go do gatunku miłych, acz zapominanych.

 

 
Pogoda na jutro
reż. Jerzy Stuhr
6/10

Z zasady nie chodzę do kina na polskie filmy - czekam aż pojawią się w TV. Ale zrobiła się taka jesienna szaruga i miałam ochotę na coś pogodnego, a tytuł zachęcał. Historia trochę naiwna - pan Kozioł (Jerzy Stuhr) wychodzi w 1986 roku na jogging i ucieka do zakonu pozostawiając żonę z trójką dzieci. Żyje w kompletnym oderwaniu od świata, a dres mu przez ten czas nie tylko nie płowieje, ale nawet jakby żywszych niż socjalistyczne kolorów nabiera. Przypadek sprawia, że go z tego zakonu wyrzucają po 17 latach na powrót do brutalnego świata, do żony żyjącej z innym facetem, syna (Maciej Stuhr) babrającego się w polityce, córki biorącej udział w reality show bez żadnego tabu oraz drugiej pakującej się w narkotyki. A on im może oferować tylko swą miłość i zainteresowanie i przekonać, że warto żyć według innych wartości. Nie ma w tym moralizatorstwa i naiwności? Trochę jest, ale w całej historii jest też tyle ciepła, że wychodzimy z kina z przekonaniem, że po każdej szarudze wychodzi w końcu słońce.

PS dla fanów jest też zamaskowany Myslovitz ;)

 

 
Vengo (Vengo)
reż. Tony Gatlif
4/10

Film, który jest pretekstem do grania hiszpańskiej muzy i pokazywania andaluzyjskich krajobrazów. Taka trochę krótsza i bardziej tragiczna 'Buena Vista Social Club'. Dla podtrzymania całości jest historia - brat Caco zabił mężczyznę z rodziny Caravaca i uciekł przed zemstą, pozostawiając w rodzinnej wiosce niepełnosprawnego syna. Caco rozpacza po śmierci córki Pepy (topiąc smutki w butelkach i na kolejnych fiestach) i jednocześnie stara się uchować bratanka przed vendetą. Tyle jeśli chodzi o treść. Szkoda, że tylko jedna piosenka (bardzo fajna zresztą) dorobiła się tłumaczonych słow - może z nimi łatwiej byłoby pojąć co im gra w duszach. A tak dla mnie te kawałki pozostają tylko szybkim rytmem flamenco i skrzeczącymi głosami. Gdyby było ciszej zasnęłabym jak nic, ale dźwięk nastawiono na pełną widzów salę, a nie na dwie osoby ;) Ocena wyłącznie ze względu na tę piosenkę i na etnograficzną wartość poznawczą. Od flamenco wolę jednak salsę ;)

 

 
Bruce Wszechmogący (Bruce Almighty)
reż. Tom Shadyac
7/10

Jima Carreya wolę w wersji dramatycznej, bo żal mi gości którzy muszą robić z siebie idiotów żeby się dać zauważyć. W "Bruce'ie" Carrey jest lekkostrawny, zabawny, ale gdy jest w dołku to krzyczy na poważnie.
Egoistyczny reporter telewizyjny w szczęśliwym zdawałoby się związku (Jennifer Aniston jako skromna przedszkolanka) oskarża Boga o wszystkie swe niepowodzenia. W zamian otrzymuje możliwość zastąpienia Go w czasie wakacji - w granicach swego miasta Buffalo, żeby za dużo nie miał na głowie. Skupia się głównie na poprawianiu własnego życia i dochodzi do odkrywczego wniosku, że nie można wszystkim dogodzić i że bycie Bogiem to nie taki piece of cake. Zgodnie z PC Wszechmogącym jest Morgan Freeman, a różaniec buddyjski. Mimo paru patosowych tekstów i przewidywalności śmiech jest zupełnie naturalną reakcją. Główna w tym zasługa Carreya.

PS obsługa kina wie kiedy się zapala światło, więc proszę grzecznie siedzieć, a jeśli już się zaczęło odwrót - to nie zostawać w rzędzie tylko przejść na schody ;)

 

 
Terminator 3: Bunt maszyn (Terminator 3: Rise of the Machines) reż. Jonathan Mostow
7/10

Na pierwszym Terminatorze się bałam. Na drugim mi się zdarzało poczuć lęk przed wszechmocną plazmatyczną wersją mordercy. Na trzecim się bawiłam. Terminatorowa saga nabiera rozpędu, młody Connor, podobnie jak jego kolega z GW też już dorósł, zapowiedziano z kim będzie miał dzieci (Claire Danes mimo że równolatka, wygląda na starszą o dobre parę lat od Nicka Stahla) oraz kto go zabije. Efekty specjalne przy pościgach i rozwałkach samochodów doprowadzone do granic absurdu, nowa terminatrix jakoś mnie nie zastraszyła. Spodobała mi się większa dawka humoru, ale cała historia spłynęła po mnie niczym plazma z T-Xa, będąc wyraźnym preludium do kolejnej 'ostatecznej rozgrywki'.

 

 
Dwóch gniewnych ludzi (Anger Management)
reż. Peter Segal
6/10

Kolejny film, w którym rządzi strzelający minami Nicholson. Właściwie z wiekiem lubię go coraz bardziej, nawet jeśli filmy w których gra nie są najwyższych lotów. Ocena znów tylko ze względu na niego - humor mniej mnie bawił, a historia przymusowej terapii zarządzania gniewem od początku wydawała się mocno naciągana. Ale znam osoby, którym ten sposób 'kierowania własnymi emocjami' i walczenia o swoje bardzo zaimponował i które zamierzają coś z tego wprowadzić w czyn :) Jeśli więc kogoś skłoni do większej asertywności - to chwała mu za to ;)

 

 
Equilibrium (Equilibrium)
reż. Kurt Wimmer
4/10

Świat po III wojnie. Libria to państwo, którego mieszkańcy aby uniknąć kolejnych wojen i nieszczęść biorą prozium - lek pozbawiający wszelkich emocji. Podejrzani o odczuwanie czegokolwiek są eliminowani. Ale jak brak emocji może zapobiec wojnom i przestępczości? Przecież to właśnie znieczulenia trzeba żeby mordować z zimną krwią (co też czynią służby dbające o 'nieodczuwanie'). Dla mnie niespójna filozofia i dziurawy cały film. Strzelanki matrixowe, a Christian Bale do złudzenia przypomina Neo. Miałam nadzieję na coś więcej, co skłaniałoby do głębszych przemyśleń - i rozczarowałam się. Zaskakiwały mnie jedynie wstawki muzyczne przy poszczególnych scenach.

 

 
Sekretarka (Secretary)
reż. Steven Shainberg
5/10

Romans w wersji SM podany w romantycznej oprawie i z lekkim przymrużeniem oka. Nietypowe zestawienie, balansujące na granicy wulgarności, ale sprawiające, że czujemy sympatię do dwojga bohaterów - młodej dziewczyny, która lubi odczuwać ból i jej nowego szefa (James Spader), który ten ból lubi zadawać, ale nie ma odwagi się zaangażować. Każdemu wolno kochać... ;)

PS ta dziewczyna ze swym uporem w oczekiwaniu miała w sobie coś z bohaterów Marqueza.

 

 
Telefon (Phone Booth)
reż. Joel Schumacher
6/10

Budka telefoniczna z której nie można wyjść tak długo, jak nie ponaprawia się swego życia i nie wyprostuje relacji z bliskimi. Bo jakiś psychopatyczny zabójca ma cię na muszce i postanowił uczynić świat lepszym. Mało przekonujące, ale ogląda się dobrze, trzyma w napięciu mimo ograniczonego miejsca akcji.

 

 
I twoją matkę też (Y tu mama tambien)
reż. Alfonso Cuarón
8/10

Meksyk, piękne krajobrazy, nie upiększane, ale bliskie prozie życia. Sporo młodzieńczego seksu, bez zbędnych ozdób ale i bez nadmiernej wulgarności (za to trochę męskiej nagości, rzadziej obecnej w filmach). Niewymuszony humor, czasem zbliżający się do granicy dobrego smaku, ale jej nie przekraczający. Film o drodze, dojrzewaniu, poznawaniu siebie, przyjaźni, uczciwości, wyborach, prowokacjach, czerpaniu radości z życia. Pochwała życia zestawiona z pojawiającymi się wątkami śmierci. Nietypowa narracja wielowątkowa rodzaju "10 lat temu w tym miejscu stało się to" czy "ten bohater za 2 lata wyjedzie i nigdy już nie będzie łowił ryb". Zaskakujące zakończenie nadające nowego znaczenia wcześniejszym scenom i wydarzeniom. W filmie w pewnym momencie pojawia się piosenka, która towarzyszyła bohaterom "Pokoju syna", podobnie jak tam będąc jednym z elementów skłaniających do nostalgii i zadumy nad życiem. Nie udało mi się nabrać sympatii do dwójki nastolatków, ale spodobała mi się towarzysząca im kobieta i ich wspólna historia.

PS Przed filmem wyświetlono krótki, polski film "Kocham cię". Jeden dzień z życia domowej kobiety, myślącej o ukochanym mężu, który znów zapomniał o rocznicy ich ślubu i wyszedł do pracy, o pragnieniu dziecka, potrzebie czułości i troski męża. Zwykła opowieść staje się szokująca przez prosty zabieg - jest 'opowiedziana' przez... dmuchaną lalkę z sex-shopu.

 

 
Joint venture (Saving Grace)
reż. Nigel Cole
6/10

Ile razy oglądam brytyjski film z niższych sfer zastanawiam się co z tymi Brytyjczykami jest nie tak - wszyscy jacyś tacy zdeformowani jak z Jasia Fasoli. Naprawdę tacy są? Aż będę musiała się tam kiedyś wybrać i zweryfikować osobiście.
Historia zaczyna się od pogrzebu męża Grace, mieszkającej w pięknym starym domu w portowej, malowniczej miejscowości Kornwalii. Wkrótce okazuje się, że szanowny małżonek nie tylko nic jej nie pozostawił, ale narobił mnóstwo długów i sam nie znajdując wyjścia popełnił samobójstwo. Cała lokalna społeczność postanawia pomóc Grace, słynącej ze swej dobrej ręki do roślin. Chłopak pomagający jej w ogrodzie zwraca się do niej o pomoc w sprawie kiepsko rosnącej roślinki o charakterystycznym kształcie. Już po 24h roślinka wypuszcza nowe pączki, a Grace decyduje się stworzyć specjalne warunki szklarniane, zapewnić roślinkom wiele światła i rozpocząć hodowlę na większą skalę, aby zdobyć pieniądze na pokrycie długów.
Z założenia miała to być zabawna historyjka z serii jak sobie radzić w trudnych czasach i co jest wtedy dozwolone (podobnie było w "Goło i wesoło"). Genialna Brenda Blethyn (pamiętna z "Sekretów i kłamstw") - ta ocena to głównie zasługa jej i cudownych nadmorskich krajobrazów. Upalona grupka bezsensownie chichoczących nastolatków siedząca parę rzędów wyżej sprawiła, że reszta wcale nie wydała mi się taka zabawna.

 

 
Schmidt (About Schmidt)
reż. Alexander Payne
9/10

Warren Schmidt dopracował się zasłużonej emerytury. Zegar wybija ostatnią godzinę w pracy, mija przyjęcie organizowane na pożegnanie, a on nie potrafi się odnaleźć w nowym życiu emeryta. Gdy do tego niespodziewanie umiera mu żona czuje się zupełnie bezradny, niedoceniany i niepotrzebny. Postanawia wyjechać do córki szykującej się na wesele. Kiedy jednak ta zdecydowanie stwierdza, że nie życzy go sobie wcześniej niż na 1-2 dni przed ślubem - Warren wyrusza w małą podróż. Czy go odmieni? Niekoniecznie, ale coś się w tym czasie w jego życiu zmieni, komuś okaże się potrzebny.
Ten film ma coś w sobie z "Prostej historii", mimo że podróż nie była aż tak długa, 'traktorek' większy, a całość nie tak pogodnie optymistyczna. Główną siłą napędową "Schmidta" jest Nicholson. To zdecydowanie jego film i jak dla mnie jedna z najlepszych jego ról. Bez niego nie wiem czy w moim rankingu dostałby choćby 7/10. Nicholson jest po prostu genialny, nie boi się pokazać starości, brzydoty, niezdarności, śmieszności, łez czy... pośladków. No dobra, potrafił to i wcześniej, ale przedtem mnie tak nie przekonywał. Zaskakujące jak przy pomocy pozornie kamiennej twarzy z wpółotwartymi ustami potrafi wyrazić całą gamę uczuć i myśli. Zapadło mi w pamięć jedno drobne, małe, przebiegłe spojrzenie, które rzucił gdy pewna pocieszycielka tuliła go mówiąc 'you sad, sad man..'. Spojrzenie, które wyrażało dokładnie to, co za chwilę zamierzał zrobić ;)

 

 
Smak życia (L'auberge espagnole)
reż. Cedric Klapisch
6/10

Grupka studentów na rocznym stypendium w Barcelonie. Któż z nas tego nie przeżył i nie wspomina z nostalgią jako jednego z najpiękniejszych okresów w swoim życiu? ;) Zbieranina ludzi z całej Europy, z goścmi z innych kontynentów, mówienie w języku który akurat jest potrzebny i za chwilę zmienianie na inny, karteczki przy telefonach z obcojęzycznymi tekstami, poznawanie innych zwyczajów, obalanie stereotypów, przy okazji uczenie się samodzielności i tolerancji dla wszelkich odmienności. Bolesne rozstania, długie listy, dreszczyk nowych uczuć i... powrót do świata, w którym nie można już być takim, jak się było. I na który patrzy się już inaczej...
"Hiszpańska oberża" (w Hiszpanii przetłumaczona jako "Dom wariatów", a w Wielkiej Brytanii jako "Euro pudding" :0) jest takim kosmopolitycznym filmem, bardzo na czasie w jednoczącej się Europie, wielojęzycznym, wielokulturowym, choć niezbyt głębokim. Miło się ogląda, czasem można się zaśmiać, ale brakowało mi trochę wyrazistych postaci - niewiele dowiedziałam się o Duńczyku, Niemcu i Hiszpance, o Włochu praktycznie nic, a szkoda, bo można było na tej grupce zbudować coś przynajmniej podobnego do zarysu Belgijki - lesbijki. Fani Audrey Tautou będą pewnie zawiedzeni, mimo że cały film nietypowym stylem opowiadania przypomina męską wersję "Amelii". Francuska biurokracja i sposób pracy bardzo prawdziwe (tony pieczątek, papierów, teczek, kumoterstwo i poranne small talks przy automacie z kawą...). Jak donosiła z fotela obok stypendystka z Barcelony - hiszpańskie środowisko, klimat i bajzel też były wiernie oddane - aż zachciała tam wracać ;) Mnie tak nie porwało, ale hiszpański będzie pewnie następny w kolejce do nauki, bo Gaudiego chciałabym zobaczyć rozumiejąc co się dzieje w "oryginalnym" otoczeniu :)

 

 
Adaptacja (Adaptation)
reż. Spike Jonze
6/10

Nie lubię się męczyć w kinie, a tu przynajmniej przez połowę męczyłam się okrutnie, mając w pamięci własną niemoc twórczą z okazji pisania różnych prac dyplomowych. Brrr. Charlie Kaufman (Nicholas Cage), znany scenarzysta m.in. 'Being John Malkovich', dostaje zlecenie napisania scenariusza na podstawie książki o złodzieju orchidei, napisanej przez Susan Orlean (Meryl Streep). Książka bardzo mu się podobała, jednak jest o tyle trudna w adaptacji, że pełna jest rozmyślań narratora, a akcja wątła. Jednocześnie poznajemy jak autorka, dziennikarka New York Timesa przygotowywała się do swego dzieła, jak poznawała historię złodzieja orchidei, jego samego i innych łowców trudnych do zdobycia odmian tych kwiatów. Pełno jest ciekawych przejść w rodzaju "trzy lata temu", "4 miliardy i 40 lat temu", "pół roku później", co znacznie ożywia opowiadanie. Kaufman ma brata bliźniaka Donalda, będącego jego zaprzeczeniem - żywiołowego, zaadaptowanego dobrze w otoczeniu, piszącego zupełnie inne scenariusze, chodzącego na warsztaty pisania. Charlie sam się w końcu wybierze na przetestowany przez brata kurs dla scenarzystów i usłyszy od guru McKee, że ma wymyśleć najpierw dobre zakończenie, dodać trochę akcji, wprowadzić przemianę bohatera i zabrać narratora, że widownia zapomni kiepski początek i środek jeśli będzie dobry koniec... Hmm, nawet się zgadza. Nie trzeba dodawać, że w końcu zamiast adaptacji książki powstaje ździebko inny scenariusz.
Na uznanie zasługują aktorzy - Cage w podwójnej roli braci Kaufmanów, Streep (bardzo przekonująco potrafi zachwycić się swą stopą) i Cooper jako znawca orchidei.
Sądzę, że film nieźle się nadaje na dyskusje o dostosowywaniu się do innych, odkrywaniu piękna, sensie i pasji życia, miłości, zawodach twórczych, przewrotności filmu, żonglerce scenarzystów czy innych podobnych rzeczach. Tyle że ja akurat teraz nie mam ochoty na takie dyskusje i analizy i ponownie na film bym się nie wybrała.
PS A, piosenka The Turtles "Happy together" bardzo miło się przyczepia do ucha :) "Imagine me and you I do, I think about you day and night.." Czy ktoś tego już w filmie nie użył?
PS No i kwiatki były ładne ;)

 
Jak stracić chłopaka w 10 dni
(How to lose a guy in 10 days)
reż. Donald Petrie
6/10

Ona jest autorką porad w kobiecym czasopiśmie, ale marzy o poważnych artykułach typu jak zaprowadzić pokój w Tadżykistanie. On pracuje w agencji reklamowej i chce prowadzić projekt klienta - potentata z branży jubilerskiej. Ona ma w 10 dni napisać artykuł zbierający wszystko złe, co dziewczyny robią gdy się zakochują. W tym celu ma znaleźć faceta, jeden wspaniały wieczór aby rybka chwyciła przynętę, a potem zmasowany atak kobiecych błędów aby zdobyć dowód, że żaden facet tego nie wytrzyma i po paru dniach ucieknie. On aby udowodnić, że zna kobiety (i zdobyć projekt) twierdzi, że każdą potrafi w sobie rozkochać i przyjmuje zakład koleżanek, że za 10 dni wskazana przez nie kobieta będzie go kochać.
Przewidywalne do bólu, na kilometr widać strzelby, które zaraz będą strzelać, prawdopodobieństwo że taki przystojny, wolny, mający kochającą rodzinę i uwielbiający dzieciaki facet nie potrafił być z żadną kobietą dłużej niż na jedną noc bliskie zeru, a mimo wszystko ogląda się to miło, jest zabawnie, relaksacyjnie, miejscami romantycznie. Ciekawie zarysowane postacie drugoplanowe - koleżanki, koledzy i szefostwo głównych bohaterów - skojarzyło mi się z filmami w rodzaju "Notting Hill" czy "Cztery wesela i pogrzeb". Dwie godziny niezłej rozrywki bez zobowiązań. A może ktoś dostrzeże co robił niewłaściwie? ;) Aha, jedyna strzelba która nie wypaliła jak sugerowała przewidywalność scenariusza to bilety na mecz. Sądzę, że pierwotnie mieli w zamyśle ciut inne zakończenie.

 

 
Wszystko na wierzchu (Full Frontal)
reż. Steven Soderbergh
6/10

Pokręcony, wielopłaszczyznowy Soderbergh, z udziałem m.in. Julii Roberts i Davida Duchovnego. Ma to być coś na kształt naśmiewania się z amerykańskiej mody na dogmę. Oglądamy historię pewnego spotkania, równolegle losy kilku związanych ze sobą osób, potem okazuje się że historia spotkania jest fikcją, kręconym filmem, a w nim jest jeszcze jeden film (w epizodach Brad Pitt, David Fincher). Pojawia się m.in. wątek pokazywania a raczej niepokazywania w amerykańskich produkcjach miłości w wykonaniu czarnoskórych, zwłaszcza w parach mieszanych (Spike'owi Lee by się podobało ;). Rzeczywistość pokazana dogmowym gruboziarnistym, trzęsącym się obrazem, kręcony film piękny, gładki i kolorowy. Można się trochę zakręcić w tych warstwach, a początkowe napisy mogą wprowadzić w błąd, niektórzy w kinie zaczęli się nawet zastanawiać czy nie pomylili sal ;) W sumie film ciekawy, ale z czasem zaczyna nużyć. Zachęcił mnie trailer - zabawny i intrygujący. Jak się okazało były w nim najlepsze sceny, które w filmie bez zajawkowego montażu znacznie straciły na uroku. Poprzednie trzy filmy Soderbergha podobały mi się bardziej.

 

 
25 godzina (25th Hour)
reż. Spike Lee
8/10

Film powstał na podstawie powieści Benioffa (już czeka na stoliku w kolejce do czytania). Ostatni dzień na wolności z życia dilera narkotyków (Edward Norton), przed 7-letnią odsiadką. Dzień na uporządkowanie swych relacji z ojcem, dziewczyną, kumplami, mafią, na znalezienie opiekuna dla psa, którym się zaopiekował. Na doświadczenie miłości, nauczenie się odpowiedzialności za własne czyny i poznanie jak łatwo czasem stracić coś, czego wartości się nie doceniało.
Zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu są dialogi, po prostu przykuwają uwagę, a mówi się tam sporo. Jest parę mocnych tekstów, jak choćby monolog głównego bohatera w barowej toalecie, gdy wyrzuca z siebie całą nienawiść do różnych grup religijno - narodowościowo- rasowych żyjących w Nowym Jorku. Są ujęcia reszty gruzowiska po WTC - pewnie miały stanowić jakieś odniesienie do zburzonego życia bohatera, pustki i tego czy sobie na to zasłużył - ale mnie specjalnie nie przekonały. Spodobało mi się za to niedopowiedziane zakończenie.
Lubię Nortona od czasu jak poraził mnie w "American History X" - tu jest bardziej wyciszony, choć nadal niezły. Wśród partnerujących mu widzimy m.in. Annę Paquin i Philipa Seymour Hoffmana. Ona od czasu "Lekcji fortepianu" wyrosła na brzydką nastolatkę - gra lolitkę do złudzenia przypominającą Juliette Lewis. Kochający się w niej trzydziestoletni ciamajdowaty nauczyciel o nieświeżym oddechu (P.S.Hoffman) jest na tyle charakterystyczny, że można go było zapamiętać choćby z epizodów w "Czerwonym smoku" (spalony grubas) czy "Magnolii" (opiekun umierającego Partridge'a).
Film widziałam w kwietniu na jednym z nielicznych w Polsce pokazów. Nie wiadomo czemu dystrybutor zdecydował się go wycofać z całej Europy i przełożyć premierę na lato. Warto się na niego wybrać.

 

 
Chicago (Chicago)
reż. Rob Marshall
5/10

Jest parę musicali, które lubię, niektóre nawet bardzo. Chicago do nich nie należy. Tańczą ładnie, ale żadnego kawałka nie nuciłam po wyjściu z kina. Większych emocji też nie obudził. Przyzwoicie, bez fajerwerków. A całe to oscarowe szaleństwo to jakieś nieporozumienie. Jedyne co mnie zdziwiło na plus to zajawka, która nie zdradza akcji - przypuszczałam że inaczej będzie się działo.

PS parę miesięcy później poszłam na "Chicago" do Teatru Muzycznego w Gdyni. Niby to samo, a jakby zabawniej, z elementami absurdalnego humoru, wchodzenia w publikę i większą ilością sex appealu (panom powinno się spodobać kilkanaście zgrabnych, ładnych aktorek paradujących przez większość spektaklu w czarnej bieliźnie, z podwiązkami i elementami skórzanymi, a panie nie powinny narzekać na kilkunastu muskularnych, tańczących panów w stylu czipendejlsów). Velma z Roxy były bardziej zgrane wokalnie, tylko finał miały mniej wybuchowy.

 

 
W krainie bogów (Spirited Away)
reż. Hayao Miyazaki
8/10

To mój pierwszy kontakt z Miyazakim. Nigdy nie byłam fanką ani japońskich komiksów ani anime, ale lubię odrobinę magii, tajemnicy i doceniania podstawowych wartości. Historia 10-letniej dziewczynki, która trafia z rodzicami (bardzo europejskimi w wyglądzie) do dziwnego miasta. Gdy rodzice rzucają się na wyłożone tam jedzenie zamieniają się z obżarstwa w świnie. Nadchodzi wieczór, miasto ożywa, a dziewczynka chcąc uwolnić rodzicieli musi w nim pozostać, postarać się przetrwać i ciężko pracować w wielkiej łaźni, do której przychodzą bogowie gór, rzek.. Dzięki swemu zaangażowaniu i dobremu sercu sprosta wszystkim wyzwaniom, pomoże wielu istotom, stanie się bardziej dojrzała i dbająca o innych. Pozna też urok pierwszego uczucia (zgrzytnęło mi to jako niepotrzebne).
Dziwnie trochę czułam się w kinie, gdzie oprócz mnie i 2-3 fanów japońskiej animacji było (z rodzicami) kilkanaścioro dzieciaków w wieku 1-8 lat. Nawet te 7-letnie po jakiejś godzinie zaczęły trwożliwie tulić się do ojców, zjawa w masce Mike'a Meyersa naprawdę mogła je przerazić. Oprócz tych paru niemal horrorowych momentów "Spirited Away" pozostaje jednak bajką, zaskakującą widza nieobeznanego z kulturą Wschodu. Bajką magiczną, która w pełni zasłużenie zdobyła Oscara w kategorii filmów animowanych.
Warto zaznaczyć, że jest to kolejna animacja z dobrym dubbingiem i tłumaczeniem Wierzbięty - nawet tu zdołał przemycić parę dyskretnie zabawnych tekstów, choć nie jest to typowa animowana komedyjka w jakich się ostatnio specjalizuje.

 

 
Godziny (The Hours)
reż. Stephen Daldry
8/10

Trzy kobiety, trzy życia, wiele godzin do spędzenia, decyzji do podjęcia. Walcząca z chorobą psychiczną Virginia Woolf (Nicole Kidman) pisze "Panią Dalloway", pani domu z lat 50. (Julianne Moore) ją czyta, zaś współczesna Amerykanka Clarissa (Meryl Streep) ją zna - i wszystkie trzy odnajdują się w tej książce, w ciągu jednego długiego dnia z ich życia. Jest w tym sporo smutku, nutka melancholii, ale i optymizmu. Genialny montaż, świetne wszystkie trzy panie. Dzielnie wtórują im Ed Harris jako umierający na AIDS przyjaciel Streep i Jeff Daniels, który go jej kiedyś odebrał. Częściowo rozumiałam ich postępowanie... choć do pewnego momentu i nie do końca. I może przez to 'nie do końca' ocena nie jest wyższa.

 

 
Porozmawiaj z nią (Hable con Ella)
reż. Pedro Almodavar
5/10

To z kolei był pierwszy Almodovar, którego obejrzałam do końca. Dwie 'pary', dwie nieprzytomne kobiety po wypadkach i dwaj mężczyźni którzy się nimi opiekują. Uczą się okazywania uczuć i takie tam. Po dwóch miesiącach od seansu trudno mi wskrzesić z siebie więcej jak to, że podobal mi się gitarowy, hiszpański kawałek, który ktoś śpiewał wieczorem.

 

 
Złap mnie, jeśli potrafisz (Catch me if you can)
reż. Steven Spielberg
5/10

Lata 60., nastolatek po rozwodzie rodziców ucieka z domu i zaczyna podrabiać czeki jako pilot, lekarz, prawnik. Przed dojściem do amerykańskiej pełnoletności wyprowadza z systemu bankowego ponad 4 mln dolarów, ścigany przez depczącego mu ciągle po piętach agenta (Tom Hanks), z którym nawiązuje specyficzną więź. Podobno jest to prawdziwa historia genialnego fałszerza, którego później FBI zwerbowało do pomocy przy łapaniu mu podobnych. A jak ją opowiedziano? Klimacik lat 60. dla miłośników tego okresu zachowany. Szkoda że akcja toczy się tak niemrawo i przydługo, bo film jest dobrze zagrany (świetny chociażby Christopher Walken w roli ojca). Di Caprio niektórymi gestami przypominał mi niedorozwiniętego brata Gilberta Grape'a - zwłaszcza to charakterystyczne pocieranie nosa w zakłopotaniu. Pozostało uczucie pewnego niedosytu. Jest parę filmów na tej stronie, które mogłabym bardziej polecić niż ten.

 

 
Frida (Frida)
reż. Julie Taymor
7/10

Ach te żywe kolory i muzyczka jak z fajnej meksykańskiej knajpy..:) One zaczarowały mnie najbardziej. Nie miałam wcześniej kontaktu z twórczością Fridy Kahlo i na ogół nie wyrywam się do biograficznych filmów, ale muszę przyznać, że dość sprawnie zinterpretowano jej malarstwo przez pokazanie pokręconego życia i uczuć malarki. Zupełnie inaczej będę je teraz oglądać. I może trochę rozumieć? Salma Hayek ładna, choć z niektórych gestów i wyrazów twarzy robi sobie wytrychy na pokazanie wszystkiego. Dlaczego za Fridą tak obie płcie szalały? :0 Koleżanka po lekturze książki była bardzo zawiedziona filmem. Tym razem nie mam ochoty zagłębiać się w lekturę, postać Fridy nie zafascynowała mnie na tyle.

 

 
Randka z Lucy (I'm with Lucy)
reż. Jon Sherman
7/10

Miło mnie ten film zaskoczył, a przemknął przez nasze ekrany dość szybko. Lucy (Monica Potter) wygląda jak młodsza siostra Julii Roberts. W mało kulturalny sposób rzuca ją facet, który wydawał się idealnym. Aby wyjść z dołka i w końcu znaleźć tego jedynego decyduje się za namową koleżanek na randki w ciemno. W ciągu roku pozna pięciu różnych facetów - entomologa do złudzenia przypominającego Macieja Orłosia, dramatopisarza będącego skrzyżowaniem Phoenixa i Maćkowiaka, macho baseballistę (Joe Pesci plus paru włoskich mafiozów), bezczelnego właściciela sklepu komputerowego (przypominał mi fana muzyki brytyjskiej - M. Totoszkę z drugiej edycji "Idola", tyle że z oczami Billa Pullmana) i ortopedę (nikogo mi nie przypominał, ale był przystojny i to morze jak z greckiej widokówki..). Sama Lucy zaprezentuje się w wersjach: pijano-paranoicznej, namiętnej, chłodno-kulturalnej, zakichanej i wakacyjnie-sportowej. Która kombinacja zadziała? Lucy szykuje się do ślubu ze swą drugą połówką, ale nie wiemy kto jest wybrankiem. We flashbacku poznajemy po kawałku historie wszystkich spotkań - możemy obstawiać i nieźle się bawić. Zwłaszcza, że Lucy nikogo nie skreśla od razu, choćby nie wiadomo jak mało obiecujący był wstęp. Miło, zabawnie i romantycznie, świetny relaks. Może odnajdziecie coś z własnych doświadczeń ;) W kategorii komedia romantyczna oceniam ją wysoko :)
PS Hint: Sandra Bullock grała kiedyś w pewnej romantycznej historii, którą też lubię. Przypadkowo jej postać też miała na imię Lucy. Wybrankowie obu Lucynek mają coś wspólnego :)

 

 
Moje wielkie, greckie wesele
(My Big Fat Greek wedding)
reż. Joel Zwick
7/10

Sława "Wielkiego, greckiego wesela" niosła się zza oceanu szerokim echem. Że taki niskobudżetowy, a tyle zarobił i to bez reklamy, że taka prosta historia, a tak świeżo opowiedziana. Komizm oparty jest głównie na zderzeniu dwóch światów - amerykańskiego, wykształconego, bogatego i zimnego, żyjącego w rodzinach ograniczonych do minimum z greckim, prostym, mniej zamożnym i wykształconym, ale pełnym życia, gwaru, krewnych i zwyczajów. Miałam podczas seansu obok siebie znawczynię Greków i ich kultury - potwierdzała zaśmiewając się do rozpuku, że było wiele prawdy w przedstawieniu Greków z tym ich zamiłowaniem do kiczu, nacjonalizmem czy kobietami które naprawdę rządzą. Nawet jeśli czasem trochę przerysowali. Całe to towarzystwo było jak z innego, hinduskiego wesela. Chyba czeka nas trochę barwnych opowieści z mniej znanych filmowo regionów. Nie mam nic naprzeciwko. Misie bardzo.
PS Zauważyliście jak Greczynki poważnie wyglądają? Nastolatki są zupełnie jak dorosłe kobiety, a 20-30 latkom można by przynajmniej z 5 lat za wygląd dodać.

 

 
Dziewczyna z Alabamy (Sweet Home Alabama)
reż. Andy Tennant
5/10

Reese Witherspoon rośnie na jedną z lepiej zarabiających kobiecych gwiazd Hollywoodu. I jest nieodparcie sympatyczna. Polubiłam jej "Legalną blondynkę" i właściwie z tego względu wybrałam się na "Dziewczynę z Alabamy". Prowincjuszka, która zdobyła wielki świat mody, dobrą partię i zaręczynowy pierścionek od Tiffany'ego wraca w rodzinne strony aby... załatwić formalności rozwodowe z mężem zostawionym 7 (?:0) lat wcześniej. Jej prymitywny 'ex'-mąż z Alabamy Jake (Josh Lucas) okazuje się bardzo pierwotnie męskim facetem, na dodatek wrażliwcem, z artystyczną duszą, wciąż kochającym swą żonę. Powrót do źródeł i odkrywanie na nowo tego, co w życiu ważne, rozterki którą drogą iść... (czyż to nie oczywiste? ;) Potencjalna nowa teściowa - pani gubernator w wykonaniu Candice Bergan przypomniała najlepsze czasy Murphy Brown ;)
Lekkie, przyzwoite, choć trochę standardowe kino na romantyczny wieczór.

 

 

Archiwum:
Joanna Lewandowska © 2003-2011