|
Filmy
obejrzane (w kinie)
2004
skala:
od
do 
Zapraszam również do notek z filmów z pozostałych
lat - linki w bocznej kolumnie.
A w roku 2004 obejrzałam w kinie następujące filmy
(najniżej oglądane na początku roku, od góry dodawane nowe):
|
|
| |
Bridget Jones:
W pogoni za rozumem
(Bridget Jones: The Edge of Reason)
reż. Beeban Kidron
|
|
Druga część przygód Bridget Jones. Znów Bridget
między Markiem Darcym a Danielem Cleaverem, tym razem wyrusza
na kontynent azjatycki, bliska wpakowania się w ponowny
romans tym razem wpakowuje się w przemyt i trafia do lokalnego
więzienia, pełnego życzliwych kobiet (naprawdę życzliwych,
widać tam same niewiniątka trafiają ;) No i Darcy ją stamtąd
wyciąga. W międzyczasie bije się z Cleaverem (znaczy Darcy
się bije. W fontannie- fajna scena, szkoda że była w zajawkach).
hmm.. to by było chyba wszystko ;) A, jeszcze Bridget jeździła
na nartach, a ta piękna lodowata zołza co niby chciała jej
odbyć Darcy'ego jeździła o wiele lepiej. No, to już wsio
;) A potem żyli długo i szczęśliwie ;)
|
|
|
| |
Powrót do Garden State (Garden
State)
reż. Zach Braff
|
|
Andrew (Zach Braff) wraca po latach leczenia
do swego rodzinnego Garden State. Do ojca lekarza, który
nadal obwinia go o śmierć matki i który praktycznie uzależnił
go od leków w ramach niezbędnej terapii.. Wraca i spotyka
piękną Sam (Natalie Portman) i razem z nią i swym dawnym
kolegą spędza parę kolejnych dni.. po prostu żyjąc i ciesząc
się tym życiem. Stwarzają świat, z którego nie ma ochoty
się wychodzić i którego nawet nie ma jak opowiedzieć. Natalie
Portman jak zwykle przykuwa uwagę, nie tylko swą urodą,
a i Braff jako główny bohater, reżyser i scenarzysta sprawdził
się całkiem nieźle. Może końcówka niezbyt mu wyszła, ale
ogólnie film zdecydowanie warty obejrzenia :) No i muzyka
jest cudowna :)
|
|
|
| |
Bon voyage (Bon voyage)
reż. Jean Paul Rappeneau
|
|
Ten film nadawałby się do telewizji. Francuzi
lubują się w takich opowieściach z czasów wojny, opowiedzianych
nie za szybko, z gwiazdorską obsadą, z jakimiś dramatycznymi
akcjami, szczyptą romantyzmu, coś w stylu "Niebieskiego
roweru" czy jak to tam na polski przetłumaczono. Wątki
się mnożą, jest piękny, młody pisarz (Gregore Derangere),
jest podejrzany dziennikarz (Peter Coyote), jest aktorska
gwiazda i oportunistyczna kochanka wpływowych polityków
(Isabelle Adjani) ze swym obecnym wybrankiem-ministrem (Gérard
Depardieu), jest profesor Kopolski i jego młoda asystentka
chcący uchronić ciężką wodę przed niemieckimi łapami - wszyscy
na różne sposoby ze sobą powiązani, goniący, uciekający,
szukający...
Zdawałoby się, że starczy tego na sensacyjny film z romantycznym
wątkiem i dramatycznymi rozterkami czasów wojny, ale akcji
do galopu daleko, a film wydaje się o co najmniej godzinę
za długi. Cała piątka widzów, która była w kinie i tak wykazała
się dużą dozą samozaparcia, że dotrwała do końca. A mi było
głupio że, zmylona dobrymi ocenami, namówiłam jeszcze kogoś
na seans. W telewizji może by to i przeszło, wszak niektórzy
lubią takie klimatyczne kino lat 1940., ale na kino tego
nie polecam.
|
|
|
| |
Shrek 2 (Shrek
2)
reż. A.Adamson, K.Asbury, C. Vernon
|
|
Dla niezorientowanych - w dwójce Shrek po
ślubie wybiera się wraz z małżonką w odwiedziny do teściów
- królewskich rodziców Fiony. Z nim Osioł, a przeciw niemu
zła Matka Chrzestna i zblazowany książę, który nie zdążył
do wieży z wybudzającym pocałunkiem. Dołącza też Kot w Butach
o spojrzeniu, na które całe kino wzdycha 'ooouu..'.
Widownia podzieliła się na tych, którzy wyżej cenią wersję
drugą i wiernych fanów jedynki, o dwójce mówiący 'co za
szmira'. Ci pierwsi bawią się przede wszystkim odwołaniami
do hollywoodzkiego blichtru. Dla mnie bardziej amerykańska
dwójka jest też jednocześnie bardziej hermetyczna i zdaję
sobie sprawę z tego, że nie znając od podszewki tamtejszych
realiów wiele rzeczy nie jest dla mnie zabawnych (tak jak
i nie każdego Amerykanina bawiłby "Miś"). Cóż
ja poradzę, że na pierwszym Shreku śmiałam się do łez, a
na dwójce, jak nie zachwyciła mnie zajawka to i na całym
filmie może parę razy się zaśmiałam, ale już nawet nie pamiętam
z czego. Czy można to było rozegrać inaczej? Nie wiem, ale
w tym wypadku nie jestem zwolenniczką kontynuacji, a zapowiedź
kolejnych części tylko mnie zasmuciła - ale rozumiem, że
biznes musi wydoić taką krowę, jak długo jakiekolwiek mleko
daje.
PS Oczywiście Wierzbięta, tłumaczenie i dubbing bez zarzutu
:)
|
|
|
| |
Efekt motyla (The
Butterfly Effect)
reż. Eric Bress, J.Mackye Grubber
|
|
Punktem wyjścia jest słynna teoria chaosu,
według której nawet machnięcie skrzydłem motyla na jednym
krańcu świata może spowodować huragan na drugim. Przez pierwsze
sceny filmu zastanawiałam się czy na pewno dobrze wybrałam,
bo zanosiło się na pełen grozy thriller. Zaś potem było
już bardzo nierówno - makabryczne sceny rodem z psychologicznych
thrillerów przeplatały się z wątkami słodko romantycznymi,
jakby twórcy nie bardzo mogli się zdecydować czym przyciągną
więcej widzów. Jak dla mnie zgrzytało to za mocno.
Bohater odkrywa w sobie niezwykłe umiejętności - czytając
własne pamiętniki potrafi cofnąć się w czasie, coś zmienić
i to tak, że wraca do zupełnie innej rzeczywistości. A że
parę traumatycznych przeżyć z dzieciństwa miał - ma do czego
wracać i co naprawiać. I pytanie - jak jakiś drobny szczegół
z dzieciństwa czy późniejszego życia ma wpływ na to, jak
dalej potoczą się nasze losy. I czy można, wiedząc jakie
będą efekty, coś tak zmienić w przeszłości, aby optymalnie
ułożyć to życie dla siebie i wszystkich wokół? Pytania w
istocie swej całkiem ciekawe, ale poruszane już w kinie
niejednokrotnie. Tym razem - mimo że projekcja początkowo
nawet wciąga - w końcu wydaje się o parę wersji wydarzeń
za długa, a po seansie całkowita ocena spada jeszcze trochę,
gdy dociera do nas w pełni naiwność zagrań, oczywistość
zakończenia i błędy logiczne po drodze.
|
|
|
| |
Fanfan Tulipan
(Fanfan la Tulipe)
reż. Gérard Krawczyk |
|
Sequel filmu z Gérard'em Philipe'em. Tamtego
nie widziałam, ale przypuszczam, że akcja musiała bardziej
trzymać się kupy, bo już mniej nie można - tu logika i konsekwencja
czasem zupełnie giną. Za często zadawałam sobie podczas
seansu pytania 'co? a dlaczego on tu?, a skąd ona?' itp.
Przystojny i sprawny ruchowo Vincent Perez podbija damską
widownię, podobnie jak kreowany przez niego Fanfan Tulipan
zdobywał napotykane kobiety, a piękna (ale czy nie za stara
do tej roli?) Penélope Cruz mówiąca po francusku z uroczym
akcentem - czaruje panów wyciągniętych do kina. Chyba nie
warto streszczać samej historii, tym bardziej że najsilniejszą
stroną tego w gruncie rzeczy kiepskawego filmu jest humor,
kpiący z narodowych stereotypów i świata nam współczesnego.
Francuzi śmieją się sami z siebie, z głupoty swych władców,
z wojska i wojen prowadzonych o niewiadomo co...
Napisy nie nadążają z tłumaczeniem słów wypowiadanych z
prędkością karabinu, więc frankojęzyczni będą mieli dodatkową
zabawę. Jest też polski akcent w postaci 'mającej pięknie
wyglądać' Magdy Mielcarz wypowiadającej bodaj jedną kwestię
i jej niani - rubasznej Anny Majchrzak, która robi nieco
więcej zamieszania wokół siebie. Nie oczekujmy za wiele
od tego filmu, a mamy szansę na całkiem miły, relaksacyjny
wieczór.
|
|
|
| |
Życie i cała reszta
(Anything Else)
reż. Woody Allen |
|
Oglądałam ten film czas już temu pewien i
przyznaję, że niewiele mi po nim zostało. Młody chłopak
Jerry Falk (Jason Biggs) spotyka się z Amandą (Christina
Ricci) i prowadzi filozoficzno-życiowe rozmowy z niejakim
Davidem Dobelem (Woody Allen). Chłopak ma problemy z Amandą
- staje się wobec niego oziębła, podczas gdy całkiem nieźle
wychodzi jej z innymi mężczyznami. Nie bardzo też wie jak
ma się pozbyć swego agenta (Danny de Vito). A Dobel mu w
tych kłopotach doradza, w międzyczasie zachęcając np. do
kupna broni i żelaznego zestawu przetrwania na wypadek gdyby
mógł się przydać.
Może nie widziałam wszystkich filmów Allena, ale te starsze
bardziej mnie ruszały, ostatnim który mi się spodobał był
bodajże "Mężowie i żony". Koło tego przeszłam
obojętnie. Najciekawsze momenty i tak można zobaczyć w zajawkach.
|
|
|
| |
Pasja (The Passion of the Christ)
reż. Mel Gibson |
|
Wypośrodkowana ocena określa jak mieszane
uczucia mam w stosunku do tego filmu. Bo z jednej strony
pochwała za nietypowe podejście do tematu, użycie oryginalnych,
martwych już języków, piękne zdjęcia, szczytny cel jakim
była chęć jak najwierniejszego przekazania męki Jezusa,
niezłe aktorstwo (Maia Morgenstern jako Maria, James Caviezel
jako Jezus, Monica Bellucci jako Maria Magdalena - wyrazista
nawet jeśli nic nie mówi..). Z drugiej strony proporcje
przedstawiania szczegółów kaźni do reszty historii wydają
się być mocno przesadzone, trudne do zniesienia i nie do
końca zrozumiałe. Szkoda, że tak mało było retrospekcji,
bo jedynie one coś wnosiły - pierwsze łzy wycisnął mi upadający
mały Jezus i biegnąca do niego Matka..
Mnie ta wizja nie przekonuje, nie sądzę, aby Rzymianie
rzeczywiście mieli powody, aby aż tak skatować Jezusa, w
którym winy nie znajdowali, ani żeby on był w stanie to
znieść, nawet jeśli w pierwszych scenach widzimy, że był
silnym człowiekiem... ale wtedy był tylko człowiekiem i
żadnych nadprzyrodzonych sił nie używał aby sobie pomóc.
Czemu mieliby żołnierze chcieć szaty i tunikę dzielić po
kimś tak zszarganym i okładanym również podczas drogi na
Golgotę? (wszak i od razów i krwi szata się niszczyła).
Skąd to wyjątkowe okrucieństwo dla niego, a nie dla towarzyszących
mu złoczyńców? A może to my potrzebujemy aż tak mocnych
razów, aby coś nas jeszcze ruszyło?
Niestety, scena zmartwychwstania nieodparcie skojarzyła
mi się z "Terminatorem" - nasuwa się pytanie na
kim powstający Chrystus idzie się mścić i od kogo sobie
weźmie szaty skoro wstaje nagi.. i czemu całe ciało pięknie
się wygoiło, a dziury po gwoździach w dłoniach są wielgachne
na przestrzał.. ?
Jedno jest pewne: mimo całej wartości poznawczej drugi
raz bym tego nie chciała oglądać. Aha, czy Jezus w rozmowie
z Piłatem mówiąc o "większej winie tego, który mnie
tobie wydał" na pewno ma na myśli Judasza? Nigdy mnie
nie przekonywało zwalanie całej winy na Judasza i Piłata
- wszak rola tego pierwszego była niemal symboliczna, a
ten drugi nie bardzo miał inne wyjście...
|
|
|
| |
Dróżnik (The Station Agent)
reż. Thomas McCarthy |
|
Kolejny ciekawy, ciepły film o samotności,
z wyboru lub przymusu, odmiennościach, braku zrozumienia.
Karłowaty Fin McBride (świetny Peter Dinklage), wielki fan
kolei, dostaje w spadku po zmarłym wspólniku małą, zapomnianą
stacyjkę kolejową. Postanawia w niej zamieszkać. Nie szuka
ludzi, lubi być sam, inni go męczą, swą ciekawością, pytaniami,
złośliwościami.. Ale w małych miasteczkach czas inaczej
płynie i ludzie też są inni, więc ciszy i spokoju nie zazna.
Spotka gadatliwego latynoskiego sprzedawcę hot-dogów i kawy,
który swą przewoźną budkę stawia tuż przy stacji i uparcie
szuka towarzystwa.. i trochę nieprzytomną artystyczną duszę
Olivię (Patricia Clarkson), i małą murzyńską dziewczynkę
bawiącą się w opuszczonym wagonie kolejowym, i nieco zagubioną
nastolatkę z biblioteki. W przedziwny sposób ci wszyscy
ludzie, tak zdawałoby się różni i w różny sposób samotni,
mający czasem swe smutne historie, staną się sobie nawzajem
potrzebni i bliscy..
Piękna, prosta historia nie tylko o samotności, ale i o
otwieraniu się na innych. Czasem lekko melancholijna, a
czasem nieodparcie zabawna. Godna polecenia :)
|
|
|
| |
Lepiej późno
niż później (Something's Gotta Give)
reż. Nancy Meyers |
|
Miłość ratunkiem dla pretetryków (czyli tuż
przedtem nim zdążą się stać zgorzkniałymi tetrykami). Erica
Barry (Diane Keaton), dojrzała wiekiem autorka sztuk teatralnych,
już sobie odpuściła romansowanie. Aż tu nagle młoda córka
przyprowadza na weekend do domu swego nowego "chłopaka"
Harry'ego (Jack Nicholson) - pana w wieku mamusi. Panu po
emocjonującym sam na sam z córką wysiądzie serduszko i wyląduje
w szpitalu, gdzie przystojny młody doktor Julian (Keanu
Reeves) zaleci mu pozostanie w pobliżu szpitala pod czułą
opieką Eriki.. Starsi państwo będą mieli szansę bliżej poznać
siebie i swe dobre i złe strony. Erice pod wpływem nowych
wrażeń wróci wena twórcza, a do tego przekona się, że może
się jeszcze podobać, i to nie tylko rówieśnikom...
Miło się to ogląda, bywa zabawnie, choć do głębszych rozmyślań
nie skłania i długo w pamięci nie pozostaje. A, nie lubię
takich tytułów, które psują mi jakieś utarte związki frazeologiczne,
bo za długo muszę się za każdym razem zastanawiać jak to
było.. czyżby tłumacze upodobali je sobie dla filmów Nicholsona?
A może celowo chcieli podkreślić podobieństwo do "Lepiej/gorzej
być nie może"?
|
|
|
| |
Tango (Tango)
reż. Carlos Saura |
|
Ten film ma już parę lat, ale dopiero teraz
dojrzałam do tego, żeby mi się mógł spodobać. Filmy o tańcu
w roli głównej mają zazwyczaj kiepską fabułę i mało intrygującą
akcję. Tak jest i w tym wypadku. Mario, po rozstaniu z androgeniczną
partnerką próbuje ją odzyskać. Poznaje jednak piękną i młodą
Elenę, która zaczyna tańczyć w jego nowym przedstawieniu
i trochę łatwiej jest mu już spojrzeć na świat. Śledzimy
kolejne etapy powstawania przedstawienia, w którym cała
historia opwiadana jest przez tango... i właściwie to tyle.
Fabuła ma na celu jedynie związanie w całość wielu okazji
do przedstawienia tanga w różnych formach, więc osoba którą
kompletnie nie interesują zawiłości tanecznych kroków, piękna,
iskrzenia i emocji wyrażanych przez tancerzy może sobie
spokojnie odpuścić projekcję, bo grozi jej przyśnięcie.
Ale ci, którzy w choć niewielkim stopniu zetknęli się z
tańcem, wyjdą zauroczeni magią tego obrazu i doskonałością
mistrzów. A może co niektórzy nabiorą ochoty na lekcje argentyńskiego
tanga? ;)
PS informacji o innych filmach Saury, w których taniec
i muzyka grają pierwszoplanowe role można sobie samemu poszukać,
choćby w necie ;)
|
|
|
| |
Między słowami (Lost
in Translation)
reż. Sofia Coppola |
|
Oj, coś za dobre oceny w tym roku stawiam,
albo rzeczywiście tak nam obrodziło fajnymi kawałkami..;)
Uwielbiam takie filmy, niedopowiedziane, gdzie tyle się
dzieje między spojrzeniami, a widz zagłębia się kompletnie
w otoczenie bohaterów, rozumie ich myśli, pragnienia, odczucia..
To poczucie osamotnienia i zagubienia dwojga ludzi z zachodniej
cywilizacji rzuconych przypadkowo w obcy im świat japońskich
ulic, biurowców, hoteli i wiecznie uśmiechniętych Japończyków,
powtarzających grzecznie i uparcie w swoim języku co mają
do powiedzenia. Jedyny punkt styku z tym światem to tyle,
co kilka słów tłumaczenia streszczającego ogólny sens czyjejś
wypowiedzi. Cała reszta przechodzi obok. Świetny Bill Murray
w roli amerykańskiej gwiazdy, która nie ma w czym grać,
więc gra w japońskich reklamówkach oraz Scarlett Johansson
jako młoda żona zabieganego fotografa, która odnajduje w
nim bratnią duszę.
Nie jest to bynajmniej film ponury, choć jest w nim trochę
zadumy i tęsknoty, która przypomniała mi "In the Mood
for Love". Cudownie sfotografowane pędzące Tokio, niewymuszony
humor wynikający ze styku dwóch kultur, odrobina ciepła
w chłodzie szkła i aluminium, a do tego tyle w powietrzu
i niedopowiedzeniu... Gorąco polecam :)
|
|
|
| |
Ostatni samuraj
(The Last Samurai)
reż. Edward Zwick |
|
Rok 1876, Japonia od paru lat otwiera się
na świat i wkracza w erę zmian, znaną w historii jako epoka
Meiji, od imienia cesarza który te zmiany zaczął wprowadzać.
Do Kraju Kwitnącej Wiśni zjeżdżają z całego świata specjaliści
różnych dziedzin, a Japończycy chłoną łapczywie nowości.
Jedynie samuraje, stojący na straży starego, tradycyjnego
systemu buntują się przeciw napływowi cudzoziemców i ich
wynalazków. Do stłumienia tych buntów i wyszkolenia cesarskiej
armii w obsłudze broni palnej przyjeżdża z Ameryki doświadczony
w krwawym tępieniu Indian kapitan Algren (Tom Cruise). Gdy
po pierwszej potyczce wpada w ręce wrogów, trafia do wioski
ich przywódcy Katsumoto - bardzo ciekawego świata, wykształconego
i anglojęzycznego samuraja. Tam ma okazję bliżej poznać
japońską sztukę walki, zamiłowanie do perfekcji we wszystkim
co się robi, honor, tradycję i zasady bushido, poznać życie
prawdziwego samuraja i stanąć u jego boku.
Piękne zdjęcia japońskich krajobrazów, a i miłośnicy wschodnich
sztuk walk znajdą coś dla siebie, nawet jeśli co niektóre
sceny wychodzą nieco pompatyczne. Ken Watanabe grający Katsumoto
przypomina mi Yun-Fat Chowa - typ Azjaty, z którym Europejczycy
i Amerykanie mogą się identyfikować. Po tym filmie stanie
się pewnie równie sławny. "Ostatni samuraj" nie
ma aż takiej wartości odkrywczej jak miał niegdyś "Szogun",
ale i tak 2,5 godziny upływają bez częstego spoglądania
na zegarek.
PS Swoją drogą imponuje mi, jak taki Algren-Cruise w niecały
rok tak dobrze opanował miecz, o dwóch nie wspominając...
Aż zachęca do intensywniejszych treningów z kijem-szablą
;)
|
|
|
| |
Kumple (Buddy)
reż. Morten Tyldum |
|
Im dłużej się nad tym filmem zastanawiam,
tym większego nabieram przekonania, że nic nie mogę mu zarzucić.
Ciepła historia o trzech norweskich dwudziestokilkulatkach
mieszkających razem. Kristoffer, Geir i Stig Inge to chłopaki
jakich wielu - dobrze się bawią, wygłupiają, filmują sobie
wszystko z codziennego życia cyfrową kamerą i zupełnie nie
mają ochoty dorastać. Trochę się zmieni w ich życiu, gdy
telewizja zainteresuje się przypadkowo zdobytymi kasetami
z ich nagraniami i zaproponuje im cykliczny program.
Gdy nagle staną się sławni. Gdy zaczną stawać przed
wyborami tego, co ważne, a co nieistotne, szukać prawdziwego
szczęścia i nabierać odwagi, aby o nie walczyć. Gdy nauczą
się pokonywać własne słabości, myśleć o innych i kochać.
Gdy dojrzeją.
Ten film ma w sobie niesamowitą prawdziwość, nie ma w nim
cienia sztuczności, ani jednej fałszywej nuty. Prosta, ale
i poruszająca, optymistyczna opowieść. Bez rozmachu i blichtru,
o zwykłych ludziach. Bardzo miło ją wspominam.
|
|
|
| |
Tatuaż (In the
Cut)
reż. Jane Campion |
|
Meg Ryan w thrillerze erotycznym. Już to
powinno ostrzegać. Ucharakteryzowana na Nicole Kidman (która
w tym filmie też maczała palce, bo początkowo to ona miała
być główną bohaterką). Smętna i wyglądająca jak topielica.
W założeniu niebanalna nauczycielka (zupełnie niewiarygodna),
niewyjaśnione, brutalne morderstwa kobiet w okolicy, tajemniczy
i jednocześnie podejrzany policjant prowadzący śledztwo,
czarnoskóry student zafascynowany swoją panią profesor,
przyrodnia siostra z półświatka... Może i dałoby się coś
z tego ciekawego ukręcić.. ale niestety, ani to nie jest
dobry thriller, ani nie czuje się żadnego napięcia między
bohaterami, ani tym bardziej erotyzmu u samej Ryan. W scenie,
która miała uchodzić za bardziej dramatyczną, publika śmiała
się z jej gry... Policjant (Mark Ruffalo) też nie jest na
tyle przystojny czy charyzmatyczny aby dla niego warto było
tracić czas. Szkoda mi Meg Ryan - wyraźnie nie może znaleźć
dla siebie miejsca po wyrośnięciu z romantycznych komedii
- i jeśli dalej pójdzie tą drogą, to mało kogo do siebie
przekona.
|
|
|
| |
Władca Pierścieni:
Powrót Króla
(The Lord of the Rings: The Return of the
King)
reż. Peter Jackson |
|
Zaledwie parę dni przed wizytą w kinie widziałam
dopiero drugą część trylogii na DVD. Niestety, na małym
ekranie sceny bitewne nie wzbudziły odpowiedniej grozy.
Trzecia część spodobała mi się równie bardzo jak pierwsza,
poraziła rozmachem i wciągnęła akcją. Należę do tych szczęśliwców,
którzy "Władcy Pierścieni" nie czytali - stąd
do samego końca nie wiedziałam co się wydarzy, kto zginie,
a kto jakim podstępem ujdzie śmierci. Nawet niewielkie potknięcia
czy nadmiar efektów specjalnych w niektórych scenach da
się wybaczyć. Z pięć razy myślałam, że już koniec i
światła zaraz się zapalą - wyglądało jakby reżyser nie mógł
się zdecydować na zakończenie i niemiłosiernie pomału żegnał
się na wszystkie możliwe sposoby - końcówka to niestety
najsłabszy element "Powrotu Króla". Ocena za całą
trylogię - za tak niezwykły i tak przekonująco stworzony
świat. A o całości napisano już i tak tyle bajtów, że moich
wystarczy :)
|
|
|
|