Tędy do głównych drzwi :)
Joanna Lewandowska - Prywatne Strony
Znak autorki :)
     

 


Filmy obejrzane (w kinie) 2004

skala: od 1/10 - Katastrofa do 10/10 Rewelacja!

Zapraszam również do notek z filmów z pozostałych lat - linki w bocznej kolumnie.

A w roku 2004 obejrzałam w kinie następujące filmy (najniżej oglądane na początku roku, od góry dodawane nowe):


 

Bridget Jones: W pogoni za rozumem
(Bridget Jones: The Edge of Reason)
reż. Beeban Kidron

5/10

Druga część przygód Bridget Jones. Znów Bridget między Markiem Darcym a Danielem Cleaverem, tym razem wyrusza na kontynent azjatycki, bliska wpakowania się w ponowny romans tym razem wpakowuje się w przemyt i trafia do lokalnego więzienia, pełnego życzliwych kobiet (naprawdę życzliwych, widać tam same niewiniątka trafiają ;) No i Darcy ją stamtąd wyciąga. W międzyczasie bije się z Cleaverem (znaczy Darcy się bije. W fontannie- fajna scena, szkoda że była w zajawkach). hmm.. to by było chyba wszystko ;) A, jeszcze Bridget jeździła na nartach, a ta piękna lodowata zołza co niby chciała jej odbyć Darcy'ego jeździła o wiele lepiej. No, to już wsio ;) A potem żyli długo i szczęśliwie ;)

 

 
Powrót do Garden State (Garden State)
reż. Zach Braff
8/10

Andrew (Zach Braff) wraca po latach leczenia do swego rodzinnego Garden State. Do ojca lekarza, który nadal obwinia go o śmierć matki i który praktycznie uzależnił go od leków w ramach niezbędnej terapii.. Wraca i spotyka piękną Sam (Natalie Portman) i razem z nią i swym dawnym kolegą spędza parę kolejnych dni.. po prostu żyjąc i ciesząc się tym życiem. Stwarzają świat, z którego nie ma ochoty się wychodzić i którego nawet nie ma jak opowiedzieć. Natalie Portman jak zwykle przykuwa uwagę, nie tylko swą urodą, a i Braff jako główny bohater, reżyser i scenarzysta sprawdził się całkiem nieźle. Może końcówka niezbyt mu wyszła, ale ogólnie film zdecydowanie warty obejrzenia :) No i muzyka jest cudowna :)

 

 
Bon voyage (Bon voyage)
reż. Jean Paul Rappeneau
5/10

Ten film nadawałby się do telewizji. Francuzi lubują się w takich opowieściach z czasów wojny, opowiedzianych nie za szybko, z gwiazdorską obsadą, z jakimiś dramatycznymi akcjami, szczyptą romantyzmu, coś w stylu "Niebieskiego roweru" czy jak to tam na polski przetłumaczono. Wątki się mnożą, jest piękny, młody pisarz (Gregore Derangere), jest podejrzany dziennikarz (Peter Coyote), jest aktorska gwiazda i oportunistyczna kochanka wpływowych polityków (Isabelle Adjani) ze swym obecnym wybrankiem-ministrem (Gérard Depardieu), jest profesor Kopolski i jego młoda asystentka chcący uchronić ciężką wodę przed niemieckimi łapami - wszyscy na różne sposoby ze sobą powiązani, goniący, uciekający, szukający...

Zdawałoby się, że starczy tego na sensacyjny film z romantycznym wątkiem i dramatycznymi rozterkami czasów wojny, ale akcji do galopu daleko, a film wydaje się o co najmniej godzinę za długi. Cała piątka widzów, która była w kinie i tak wykazała się dużą dozą samozaparcia, że dotrwała do końca. A mi było głupio że, zmylona dobrymi ocenami, namówiłam jeszcze kogoś na seans. W telewizji może by to i przeszło, wszak niektórzy lubią takie klimatyczne kino lat 1940., ale na kino tego nie polecam.

 

 
Shrek 2 (Shrek 2)
reż. A.Adamson, K.Asbury, C. Vernon
7/10

Dla niezorientowanych - w dwójce Shrek po ślubie wybiera się wraz z małżonką w odwiedziny do teściów - królewskich rodziców Fiony. Z nim Osioł, a przeciw niemu zła Matka Chrzestna i zblazowany książę, który nie zdążył do wieży z wybudzającym pocałunkiem. Dołącza też Kot w Butach o spojrzeniu, na które całe kino wzdycha 'ooouu..'.

Widownia podzieliła się na tych, którzy wyżej cenią wersję drugą i wiernych fanów jedynki, o dwójce mówiący 'co za szmira'. Ci pierwsi bawią się przede wszystkim odwołaniami do hollywoodzkiego blichtru. Dla mnie bardziej amerykańska dwójka jest też jednocześnie bardziej hermetyczna i zdaję sobie sprawę z tego, że nie znając od podszewki tamtejszych realiów wiele rzeczy nie jest dla mnie zabawnych (tak jak i nie każdego Amerykanina bawiłby "Miś"). Cóż ja poradzę, że na pierwszym Shreku śmiałam się do łez, a na dwójce, jak nie zachwyciła mnie zajawka to i na całym filmie może parę razy się zaśmiałam, ale już nawet nie pamiętam z czego. Czy można to było rozegrać inaczej? Nie wiem, ale w tym wypadku nie jestem zwolenniczką kontynuacji, a zapowiedź kolejnych części tylko mnie zasmuciła - ale rozumiem, że biznes musi wydoić taką krowę, jak długo jakiekolwiek mleko daje.

PS Oczywiście Wierzbięta, tłumaczenie i dubbing bez zarzutu :)

 

 
Efekt motyla (The Butterfly Effect)
reż. Eric Bress, J.Mackye Grubber
6/10

Punktem wyjścia jest słynna teoria chaosu, według której nawet machnięcie skrzydłem motyla na jednym krańcu świata może spowodować huragan na drugim. Przez pierwsze sceny filmu zastanawiałam się czy na pewno dobrze wybrałam, bo zanosiło się na pełen grozy thriller. Zaś potem było już bardzo nierówno - makabryczne sceny rodem z psychologicznych thrillerów przeplatały się z wątkami słodko romantycznymi, jakby twórcy nie bardzo mogli się zdecydować czym przyciągną więcej widzów. Jak dla mnie zgrzytało to za mocno.

Bohater odkrywa w sobie niezwykłe umiejętności - czytając własne pamiętniki potrafi cofnąć się w czasie, coś zmienić i to tak, że wraca do zupełnie innej rzeczywistości. A że parę traumatycznych przeżyć z dzieciństwa miał - ma do czego wracać i co naprawiać. I pytanie - jak jakiś drobny szczegół z dzieciństwa czy późniejszego życia ma wpływ na to, jak dalej potoczą się nasze losy. I czy można, wiedząc jakie będą efekty, coś tak zmienić w przeszłości, aby optymalnie ułożyć to życie dla siebie i wszystkich wokół? Pytania w istocie swej całkiem ciekawe, ale poruszane już w kinie niejednokrotnie. Tym razem - mimo że projekcja początkowo nawet wciąga - w końcu wydaje się o parę wersji wydarzeń za długa, a po seansie całkowita ocena spada jeszcze trochę, gdy dociera do nas w pełni naiwność zagrań, oczywistość zakończenia i błędy logiczne po drodze.

 

 
Fanfan Tulipan (Fanfan la Tulipe)
reż. Gérard Krawczyk
5/10

Sequel filmu z Gérard'em Philipe'em. Tamtego nie widziałam, ale przypuszczam, że akcja musiała bardziej trzymać się kupy, bo już mniej nie można - tu logika i konsekwencja czasem zupełnie giną. Za często zadawałam sobie podczas seansu pytania 'co? a dlaczego on tu?, a skąd ona?' itp.
Przystojny i sprawny ruchowo Vincent Perez podbija damską widownię, podobnie jak kreowany przez niego Fanfan Tulipan zdobywał napotykane kobiety, a piękna (ale czy nie za stara do tej roli?) Penélope Cruz mówiąca po francusku z uroczym akcentem - czaruje panów wyciągniętych do kina. Chyba nie warto streszczać samej historii, tym bardziej że najsilniejszą stroną tego w gruncie rzeczy kiepskawego filmu jest humor, kpiący z narodowych stereotypów i świata nam współczesnego. Francuzi śmieją się sami z siebie, z głupoty swych władców, z wojska i wojen prowadzonych o niewiadomo co...
Napisy nie nadążają z tłumaczeniem słów wypowiadanych z prędkością karabinu, więc frankojęzyczni będą mieli dodatkową zabawę. Jest też polski akcent w postaci 'mającej pięknie wyglądać' Magdy Mielcarz wypowiadającej bodaj jedną kwestię i jej niani - rubasznej Anny Majchrzak, która robi nieco więcej zamieszania wokół siebie. Nie oczekujmy za wiele od tego filmu, a mamy szansę na całkiem miły, relaksacyjny wieczór.

 

 
Życie i cała reszta (Anything Else)
reż. Woody Allen
6/10

Oglądałam ten film czas już temu pewien i przyznaję, że niewiele mi po nim zostało. Młody chłopak Jerry Falk (Jason Biggs) spotyka się z Amandą (Christina Ricci) i prowadzi filozoficzno-życiowe rozmowy z niejakim Davidem Dobelem (Woody Allen). Chłopak ma problemy z Amandą - staje się wobec niego oziębła, podczas gdy całkiem nieźle wychodzi jej z innymi mężczyznami. Nie bardzo też wie jak ma się pozbyć swego agenta (Danny de Vito). A Dobel mu w tych kłopotach doradza, w międzyczasie zachęcając np. do kupna broni i żelaznego zestawu przetrwania na wypadek gdyby mógł się przydać.
Może nie widziałam wszystkich filmów Allena, ale te starsze bardziej mnie ruszały, ostatnim który mi się spodobał był bodajże "Mężowie i żony". Koło tego przeszłam obojętnie. Najciekawsze momenty i tak można zobaczyć w zajawkach.

 

 
Pasja (The Passion of the Christ)
reż. Mel Gibson
5/10

Wypośrodkowana ocena określa jak mieszane uczucia mam w stosunku do tego filmu. Bo z jednej strony pochwała za nietypowe podejście do tematu, użycie oryginalnych, martwych już języków, piękne zdjęcia, szczytny cel jakim była chęć jak najwierniejszego przekazania męki Jezusa, niezłe aktorstwo (Maia Morgenstern jako Maria, James Caviezel jako Jezus, Monica Bellucci jako Maria Magdalena - wyrazista nawet jeśli nic nie mówi..). Z drugiej strony proporcje przedstawiania szczegółów kaźni do reszty historii wydają się być mocno przesadzone, trudne do zniesienia i nie do końca zrozumiałe. Szkoda, że tak mało było retrospekcji, bo jedynie one coś wnosiły - pierwsze łzy wycisnął mi upadający mały Jezus i biegnąca do niego Matka..

Mnie ta wizja nie przekonuje, nie sądzę, aby Rzymianie rzeczywiście mieli powody, aby aż tak skatować Jezusa, w którym winy nie znajdowali, ani żeby on był w stanie to znieść, nawet jeśli w pierwszych scenach widzimy, że był silnym człowiekiem... ale wtedy był tylko człowiekiem i żadnych nadprzyrodzonych sił nie używał aby sobie pomóc. Czemu mieliby żołnierze chcieć szaty i tunikę dzielić po kimś tak zszarganym i okładanym również podczas drogi na Golgotę? (wszak i od razów i krwi szata się niszczyła). Skąd to wyjątkowe okrucieństwo dla niego, a nie dla towarzyszących mu złoczyńców? A może to my potrzebujemy aż tak mocnych razów, aby coś nas jeszcze ruszyło?

Niestety, scena zmartwychwstania nieodparcie skojarzyła mi się z "Terminatorem" - nasuwa się pytanie na kim powstający Chrystus idzie się mścić i od kogo sobie weźmie szaty skoro wstaje nagi.. i czemu całe ciało pięknie się wygoiło, a dziury po gwoździach w dłoniach są wielgachne na przestrzał.. ?

Jedno jest pewne: mimo całej wartości poznawczej drugi raz bym tego nie chciała oglądać. Aha, czy Jezus w rozmowie z Piłatem mówiąc o "większej winie tego, który mnie tobie wydał" na pewno ma na myśli Judasza? Nigdy mnie nie przekonywało zwalanie całej winy na Judasza i Piłata - wszak rola tego pierwszego była niemal symboliczna, a ten drugi nie bardzo miał inne wyjście...

 

 
Dróżnik (The Station Agent)
reż. Thomas McCarthy
8/10

Kolejny ciekawy, ciepły film o samotności, z wyboru lub przymusu, odmiennościach, braku zrozumienia. Karłowaty Fin McBride (świetny Peter Dinklage), wielki fan kolei, dostaje w spadku po zmarłym wspólniku małą, zapomnianą stacyjkę kolejową. Postanawia w niej zamieszkać. Nie szuka ludzi, lubi być sam, inni go męczą, swą ciekawością, pytaniami, złośliwościami.. Ale w małych miasteczkach czas inaczej płynie i ludzie też są inni, więc ciszy i spokoju nie zazna. Spotka gadatliwego latynoskiego sprzedawcę hot-dogów i kawy, który swą przewoźną budkę stawia tuż przy stacji i uparcie szuka towarzystwa.. i trochę nieprzytomną artystyczną duszę Olivię (Patricia Clarkson), i małą murzyńską dziewczynkę bawiącą się w opuszczonym wagonie kolejowym, i nieco zagubioną nastolatkę z biblioteki. W przedziwny sposób ci wszyscy ludzie, tak zdawałoby się różni i w różny sposób samotni, mający czasem swe smutne historie, staną się sobie nawzajem potrzebni i bliscy..

Piękna, prosta historia nie tylko o samotności, ale i o otwieraniu się na innych. Czasem lekko melancholijna, a czasem nieodparcie zabawna. Godna polecenia :)

 

 
Lepiej późno niż później (Something's Gotta Give)
reż. Nancy Meyers
6/10

Miłość ratunkiem dla pretetryków (czyli tuż przedtem nim zdążą się stać zgorzkniałymi tetrykami). Erica Barry (Diane Keaton), dojrzała wiekiem autorka sztuk teatralnych, już sobie odpuściła romansowanie. Aż tu nagle młoda córka przyprowadza na weekend do domu swego nowego "chłopaka" Harry'ego (Jack Nicholson) - pana w wieku mamusi. Panu po emocjonującym sam na sam z córką wysiądzie serduszko i wyląduje w szpitalu, gdzie przystojny młody doktor Julian (Keanu Reeves) zaleci mu pozostanie w pobliżu szpitala pod czułą opieką Eriki.. Starsi państwo będą mieli szansę bliżej poznać siebie i swe dobre i złe strony. Erice pod wpływem nowych wrażeń wróci wena twórcza, a do tego przekona się, że może się jeszcze podobać, i to nie tylko rówieśnikom...

Miło się to ogląda, bywa zabawnie, choć do głębszych rozmyślań nie skłania i długo w pamięci nie pozostaje. A, nie lubię takich tytułów, które psują mi jakieś utarte związki frazeologiczne, bo za długo muszę się za każdym razem zastanawiać jak to było.. czyżby tłumacze upodobali je sobie dla filmów Nicholsona? A może celowo chcieli podkreślić podobieństwo do "Lepiej/gorzej być nie może"?

 

 
Tango (Tango)
reż. Carlos Saura
7/10

Ten film ma już parę lat, ale dopiero teraz dojrzałam do tego, żeby mi się mógł spodobać. Filmy o tańcu w roli głównej mają zazwyczaj kiepską fabułę i mało intrygującą akcję. Tak jest i w tym wypadku. Mario, po rozstaniu z androgeniczną partnerką próbuje ją odzyskać. Poznaje jednak piękną i młodą Elenę, która zaczyna tańczyć w jego nowym przedstawieniu i trochę łatwiej jest mu już spojrzeć na świat. Śledzimy kolejne etapy powstawania przedstawienia, w którym cała historia opwiadana jest przez tango... i właściwie to tyle.

Fabuła ma na celu jedynie związanie w całość wielu okazji do przedstawienia tanga w różnych formach, więc osoba którą kompletnie nie interesują zawiłości tanecznych kroków, piękna, iskrzenia i emocji wyrażanych przez tancerzy może sobie spokojnie odpuścić projekcję, bo grozi jej przyśnięcie. Ale ci, którzy w choć niewielkim stopniu zetknęli się z tańcem, wyjdą zauroczeni magią tego obrazu i doskonałością mistrzów. A może co niektórzy nabiorą ochoty na lekcje argentyńskiego tanga? ;)

PS informacji o innych filmach Saury, w których taniec i muzyka grają pierwszoplanowe role można sobie samemu poszukać, choćby w necie ;)

 

 
Między słowami (Lost in Translation)
reż. Sofia Coppola
10/10

Oj, coś za dobre oceny w tym roku stawiam, albo rzeczywiście tak nam obrodziło fajnymi kawałkami..;) Uwielbiam takie filmy, niedopowiedziane, gdzie tyle się dzieje między spojrzeniami, a widz zagłębia się kompletnie w otoczenie bohaterów, rozumie ich myśli, pragnienia, odczucia.. To poczucie osamotnienia i zagubienia dwojga ludzi z zachodniej cywilizacji rzuconych przypadkowo w obcy im świat japońskich ulic, biurowców, hoteli i wiecznie uśmiechniętych Japończyków, powtarzających grzecznie i uparcie w swoim języku co mają do powiedzenia. Jedyny punkt styku z tym światem to tyle, co kilka słów tłumaczenia streszczającego ogólny sens czyjejś wypowiedzi. Cała reszta przechodzi obok. Świetny Bill Murray w roli amerykańskiej gwiazdy, która nie ma w czym grać, więc gra w japońskich reklamówkach oraz Scarlett Johansson jako młoda żona zabieganego fotografa, która odnajduje w nim bratnią duszę.

Nie jest to bynajmniej film ponury, choć jest w nim trochę zadumy i tęsknoty, która przypomniała mi "In the Mood for Love". Cudownie sfotografowane pędzące Tokio, niewymuszony humor wynikający ze styku dwóch kultur, odrobina ciepła w chłodzie szkła i aluminium, a do tego tyle w powietrzu i niedopowiedzeniu... Gorąco polecam :)

 

 
Ostatni samuraj (The Last Samurai)
reż. Edward Zwick
7/10

Rok 1876, Japonia od paru lat otwiera się na świat i wkracza w erę zmian, znaną w historii jako epoka Meiji, od imienia cesarza który te zmiany zaczął wprowadzać. Do Kraju Kwitnącej Wiśni zjeżdżają z całego świata specjaliści różnych dziedzin, a Japończycy chłoną łapczywie nowości. Jedynie samuraje, stojący na straży starego, tradycyjnego systemu buntują się przeciw napływowi cudzoziemców i ich wynalazków. Do stłumienia tych buntów i wyszkolenia cesarskiej armii w obsłudze broni palnej przyjeżdża z Ameryki doświadczony w krwawym tępieniu Indian kapitan Algren (Tom Cruise). Gdy po pierwszej potyczce wpada w ręce wrogów, trafia do wioski ich przywódcy Katsumoto - bardzo ciekawego świata, wykształconego i anglojęzycznego samuraja. Tam ma okazję bliżej poznać japońską sztukę walki, zamiłowanie do perfekcji we wszystkim co się robi, honor, tradycję i zasady bushido, poznać życie prawdziwego samuraja i stanąć u jego boku.

Piękne zdjęcia japońskich krajobrazów, a i miłośnicy wschodnich sztuk walk znajdą coś dla siebie, nawet jeśli co niektóre sceny wychodzą nieco pompatyczne. Ken Watanabe grający Katsumoto przypomina mi Yun-Fat Chowa - typ Azjaty, z którym Europejczycy i Amerykanie mogą się identyfikować. Po tym filmie stanie się pewnie równie sławny. "Ostatni samuraj" nie ma aż takiej wartości odkrywczej jak miał niegdyś "Szogun", ale i tak 2,5 godziny upływają bez częstego spoglądania na zegarek.

PS Swoją drogą imponuje mi, jak taki Algren-Cruise w niecały rok tak dobrze opanował miecz, o dwóch nie wspominając... Aż zachęca do intensywniejszych treningów z kijem-szablą ;)

 

 
Kumple (Buddy)
reż. Morten Tyldum
9/10

Im dłużej się nad tym filmem zastanawiam, tym większego nabieram przekonania, że nic nie mogę mu zarzucić. Ciepła historia o trzech norweskich dwudziestokilkulatkach mieszkających razem. Kristoffer, Geir i Stig Inge to chłopaki jakich wielu - dobrze się bawią, wygłupiają, filmują sobie wszystko z codziennego życia cyfrową kamerą i zupełnie nie mają ochoty dorastać. Trochę się zmieni w ich życiu, gdy telewizja zainteresuje się przypadkowo zdobytymi kasetami z ich nagraniami i zaproponuje im cykliczny program. Gdy nagle staną się sławni. Gdy zaczną stawać przed wyborami tego, co ważne, a co nieistotne, szukać prawdziwego szczęścia i nabierać odwagi, aby o nie walczyć. Gdy nauczą się pokonywać własne słabości, myśleć o innych i kochać. Gdy dojrzeją.

Ten film ma w sobie niesamowitą prawdziwość, nie ma w nim cienia sztuczności, ani jednej fałszywej nuty. Prosta, ale i poruszająca, optymistyczna opowieść. Bez rozmachu i blichtru, o zwykłych ludziach. Bardzo miło ją wspominam.

 

 
Tatuaż (In the Cut)
reż. Jane Campion
3/10

Meg Ryan w thrillerze erotycznym. Już to powinno ostrzegać. Ucharakteryzowana na Nicole Kidman (która w tym filmie też maczała palce, bo początkowo to ona miała być główną bohaterką). Smętna i wyglądająca jak topielica. W założeniu niebanalna nauczycielka (zupełnie niewiarygodna), niewyjaśnione, brutalne morderstwa kobiet w okolicy, tajemniczy i jednocześnie podejrzany policjant prowadzący śledztwo, czarnoskóry student zafascynowany swoją panią profesor, przyrodnia siostra z półświatka... Może i dałoby się coś z tego ciekawego ukręcić.. ale niestety, ani to nie jest dobry thriller, ani nie czuje się żadnego napięcia między bohaterami, ani tym bardziej erotyzmu u samej Ryan. W scenie, która miała uchodzić za bardziej dramatyczną, publika śmiała się z jej gry... Policjant (Mark Ruffalo) też nie jest na tyle przystojny czy charyzmatyczny aby dla niego warto było tracić czas. Szkoda mi Meg Ryan - wyraźnie nie może znaleźć dla siebie miejsca po wyrośnięciu z romantycznych komedii - i jeśli dalej pójdzie tą drogą, to mało kogo do siebie przekona.

 

 

Władca Pierścieni: Powrót Króla
(The Lord of the Rings: The Return of the King)
reż. Peter Jackson

10/10

Zaledwie parę dni przed wizytą w kinie widziałam dopiero drugą część trylogii na DVD. Niestety, na małym ekranie sceny bitewne nie wzbudziły odpowiedniej grozy. Trzecia część spodobała mi się równie bardzo jak pierwsza, poraziła rozmachem i wciągnęła akcją. Należę do tych szczęśliwców, którzy "Władcy Pierścieni" nie czytali - stąd do samego końca nie wiedziałam co się wydarzy, kto zginie, a kto jakim podstępem ujdzie śmierci. Nawet niewielkie potknięcia czy nadmiar efektów specjalnych w niektórych scenach da się wybaczyć. Z pięć razy myślałam, że już koniec i światła zaraz się zapalą - wyglądało jakby reżyser nie mógł się zdecydować na zakończenie i niemiłosiernie pomału żegnał się na wszystkie możliwe sposoby - końcówka to niestety najsłabszy element "Powrotu Króla". Ocena za całą trylogię - za tak niezwykły i tak przekonująco stworzony świat. A o całości napisano już i tak tyle bajtów, że moich wystarczy :)

 

 

Archiwum:
Joanna Lewandowska © 2003-2011