Tędy do głównych drzwi :)
Joanna Lewandowska - Prywatne Strony
Znak autorki :)
     

 


Filmy obejrzane (w kinie) 2005

skala: od 1/10 - Katastrofa do 10/10 Rewelacja!

Oceny w ramach poszczególnych gatunków, zupełnie subiektywne, a na dodatek mogą się zmieniać, w końcu to moje własne strony :) Nie znalazłam dość motywacji aby opisywać wszystko co oglądam, stąd ograniczenie do kina. Wybór też nie jest przypadkowy, bo skoro nie mam wejściówek na darmowe oglądanie, to wybieram się jedynie na rzeczy, o których mogę przypuszczać, że mi się choć trochę spodobają. A przynajmniej zapewnią odrobinę rozrywki. Spadająca z roku na rok liczba tytułów świadczy niestety o zwycięstwie DVD i oglądania domowego, a seansów pozakinowych tu nie ujmuję.

Notki o filmach z innych lat w archiwum w bocznej kolumnie.

A w roku 2005 obejrzałam następujące filmy (najniżej oglądane na początku roku, od góry dodaję nowe):


 
Guzikowcy (Knoflíkári)
reż. Petr Zelenka
6/10

Lubię Zelenkę za absurdalny humor. Pierwszy raz zetknęłam się z jego sztuką "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" w sopockim teatrze, potem byli cudowni "Samotni", do których napisał scenariusz i paradokumentalny "Rok diabła" o moim ulubionym czeskim bardzie Jaromirze Nohavicy i jego grupie.

"Guzikowcy" są starszym filmem Zelenki (napisał też scenariusz). I jednak mniej doskonałym od "Samotnych" czy "Opowieści.." (niedawno też zekranizowanych). Opowiadają kilka przeplatających się historii, począwszy od szczęśliwego miasta, na które nie zrzucono bomby atomowej z powodu złej pogody (nad Hiroszimą była ładniejsza...), przez pewnego praskiego taksówkarza i jego nietypowych pasażerów, po miłośnika plucia z torów na ósemkę pędzącej lokomotywy i guzikowca, mającego za hobby wyrywanie guzików za pomocą sztucznej szczęki ściskanej pośladkami. A, jest jeszcze szukający przebaczenia duch pilota, który tę bombę zrzucał przywołany przez dziewczynki w czasie seansu spirytystycznego i parę innych równie malowniczych postaci.

Szkoda, że w drugiej połowie siada napięcie, a kolejne historie doklejane są trochę na siłę, tak by wszystko zlepić w jako taką całość. Mimo wszystko dla kompletu opowieści Petra Zelenki o szalonym współczesnym świecie warto "Guzikowców" też poznać.


 
Ja, Kuba - syberyjski mamut
(Soy Cuba, O Mamute Siberiano)
reż. Vicente Ferraz
8/10

Zadziwiający film dokumentalny, mający coś z klimatu "Buena Vista Social Club", odnajdujący zapomnianych twórców czegoś niezwykłego, jak przez przypadek odkopanego mamuta. Tym razem chodzi o autorów propagandowego filmu nakręconego w 1964 r. w koprodukcji kubańsko-radzieckiej, chwalącego rewolucję kubańską. Propaganda, ale najwyższego lotu jeśli chodzi o realizację, reżyserowana przez radzieckiego mistrza obrazu Michaiła Kałatoziszwili, autora słynnego filmu "Lecą żurawie" i jego operatora Siergieja Urusewskiego.

W "Ja, Kuba" zastosowano niespotykane przedtem efekty pracy operatorskiej, robiące wrażenie nawet dzisiaj i do dziś mogące służyć za przykład studentom sztuki filmowej. Przypominały mi filmy słynnej Leni Riefenstahl z czasów przedwojennych, chwalące kult ciała i jednostki, pokazujące sportowców i żołnierzy. Tu do scen zbiorowych angażowano niemial całe kubańskie wojsko, przemieszczeniami armii budząc zaniepokojenie ludności. Tysiące ludzi brało udział w scenach ulicznych. Zadziwiające, że ten film, który powstał takim nakładem pracy popadł na lata w zapomnienie.. Na Kubie był zbyt mało kubański i nie oddający latynoskiego ducha. W Związku Radzieckim pomijany z racji pokazywania obcych socjalistycznemu duchowi bogaczy z minionej epoki...

Dopiero teraz, po pół wieku sięgnięto do "Soy Cuba", odnaleziono tych, którzy go tworzyli, realizatorów, aktorów, zebrano w dokumentalnym filmie ich wspomnienia. Jest pewien cudowny moment, gdy każdemu z tych, którzy brali udział w realizacji tego propagandowego dzieła, z pewnym wstydem przyznającym się do tego, pokazują nowo wydaną kasetę video z "Soy Cuba" i mówią, że film robi światową karierę, zachwycają się nim Coppola i Scorsese. Miło patrzeć, jak nie dowierzają i wreszcie po latach zaczynają odczuwać dumę, nabierając przekonania, że te dwa lata pracy nad filmem nie były zmarnowane, że jednak zrobili coś ważnego i pięknego, niezależnie od jego propagandowego przesłania. Szkoda, że główni twórcy (m.in. reżyser i operator) nie doczekali tej chwili.

PS film wyświetlany w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego, pozwoliłam sobie na spojlery, bo raczej nie trafi do szerszej dystrybucji.

 

 

Remont kapitalny
(Travaux, on sait quand ça commence...)
reż. Brigitte Roüan

7/10

Takie filmy mogą robić tylko Francuzi. Już na początku gdy widzimy panią prawnik Chantalle Letellier (Carole Bouquet) tańczącą i śpiewającą na sali sądowej wiemy, że na serio to to nie będzie. Chantalle świetnie radzi sobie w pracy, gorzej w domu i życiu prywatnym. Ma złote serce i broni wszystkich potrzebujących, ze szczególnym wskazaniem na nielegalnych imigrantów. Gdy decyduje się na zrobienie małego remontu w piętrowym mieszkaniu, zatrudni kolumbijską ekipę i szalonego, wizjonerskiego projektanta. Remont szybko się zaczyna, a kiedy się skończy? Gdy tu tak miło u pani mecenas, wszystkich gości, zaprasza kolejnych "fachowców", którzy psują kolejne rzeczy... powstaje wesoła, wielonarodowa mieszanka, przygrywa salsa, a my bawimy się beztrosko.

Słowem niezobowiązująca, lekka komedia, miłe półtorej godziny z przesłaniem, że to właśnie różnorodność jest piękna i wartościowa, i że powinniśmy ją cenić, a nie zwalczać. Zabawa wychowawcza z sympatyczną muzyczką. Uroczy był też wielbiciel Chantalle nieodparcie przypominający bernardyna...;)

PS film wyświetlany w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego

 
Broken flowers
reż. Jim Jarmush
9/10

Don Johnston (Bill Murray) po rozstaniu z kolejną kobietą, z którą nie chciał się związać na stałe (Julie Delpy) otrzymuje różowy list, pisany na starej maszynie do pisania przez jedną ze swych byłych, z którego dowiaduje się że ma syna. Kobieta nie przedstawia się, jedynie informuje go, że chłopak wyruszył na jego poszukiwanie. Czarnoskóry sąsiad Dona - Winston (świetny Jeffrey Wright, z którym Murray ma najlepsze sceny komediowe), przykładny mąż i ojciec gromadki dzieci, bawi się w Sherlocka Holmesa i organizuje Donowi wyprawę w celu odwiedzenia wszystkich kobiet podejrzanych o możliwość posiadania z nim syna.

Drogą eliminacji z listy takich kobiet sprzed 20 lat Don wyłania cztery. A jak się okazuje każda z nich zupełnie inna... przy czym każda pełnokrwista i charakterystyczna. Ponieważ potencjalna mama i tak się do tego nie przyzna, Don za zadanie ma szukać wszelkich podejrzanych śladów zamiłowania do koloru różowego lub starej maszyny. Czy rozpozna matkę swego syna? a jego samego?

Murrayowi partnerują znakomite aktorki: Jessica Lange, Sharon Stone, Tilda Swinton, wspomniana Delpy i Frances Corney. Jarmush robi film drogi, którego bohater zastanawia się nad swoim życiem, swymi związkami z kobietami (co one w nim widzą tak swoją drogą??), sobą jako ojcem.. Podróż, która tak mile się rozpoczyna, z czasem staje się coraz trudniejsza. A my śledzimy razem z nim wszystkie możliwości i do końca nic nie jest jasne..


 
Duma i uprzedzenie (Bride and Prejudice)
reż. Gurinder Chadha
5/10

Bollywood zdobywa coraz szersze rzesze fanów. Szaleją za nimi nie tylko Hindusi w kraju i na emigracji, ale i coraz więcej Europejczyków. Uczą się zarówno trudnego tradycyjnego tańca hinduskiego (próbowałam, głowa boli od tego tupania ;), jak i bazującego na nim, łatwiejszego tańca bollywood, tańczonego zarówno przez panie, jak i panów. Filmy pełne są muzyki, przepychu, tańca, zawsze jest jakiś konflikt, ale i pochwała tradycji, rodziny i prawdziwej miłości. No i zawsze wszystko dobrze się kończy. Taki "Pan Tadeusz" ku pokrzepienia serc.

Tym razem sięgnięto po klasykę romansu brytyjskiego - "Dumę i uprzedzenie" Jane Austen i w wolny sposób ją przerobiono. Piękna dziewczyna Lalita (Aishwarya Rai), mająca trzy siostry, też na wydaniu, poznaje na weselu przystojnego Amerykanina Wiliama Darcy'ego (Martin Henderson). Od początku wpada mu w oko, a może i ona by się nim zainteresowała, gdyby nie wydał się jej takim nadętym, bogatym zarozumialcem.. A ona, wyedukowana, pełna ideałów i miłości do swego kraju...

Akcja przenosi się również na inny kontynent, wszystko jest poprawnie kolorowe i roztańczone, ale brak tu większych wzruszeń, brak piosenek, które nuciłoby się długo po seansie, brak porywających scen tanecznych (choć czasem jednak tańczą..). Z bollywoodzkich filmów lepszym jednak jest (ze względu na większy procent cukru w cukrze ;)) Czasem słońce, czasem deszcz... A z różnych ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" też wolę klasyczną wersję brytyjską.


 
Postrzyżyny (Postrižiny)
reż. Jiži Menzel
8/10

Tym razem film widziałam po przeczytaniu książki. I w pełni doceniłam talent Menzla w ekranizacji prozy Hrabala. O ile nad książką przysypiałam znużona szczegółowymi opisami, to na filmie świetnie się bawiłam. Nie było już takich zgrzytów jak książkowe zabicie psa, za to wiele dodatkowego humoru (jak choćby rozbudowana postać wujaszka Pepina).

Długo- i złotowłosa Maria żona zarządcy browaru, ciamajdowatego Francina żyje każdą chwilą, cieszy się i rozkoszuje każdym drobiazgiem, przyciągając uwagę nie tylko mężczyzn. Kocha swego męża, a i on w swej ciamajdowatości ją uwielbia, pamiętając o przywożeniu drobiazgów z okolicznych wojaży.. mają swoje rytuały, troszczą się o siebie, a życie upływa im powolnie i sielsko. A my poznajemy przy okazji szczegóły takiego codziennego życia małego czeskiego miasteczka Nymburka z czasów rodziców Hrabala (bo to oni są w postaciach Marii i Francina przedstawieni). I właściwie tego sielskiego życia nic nie będzie przerywać, choć namiesza głośno mówiąca postać wujaszka i postęp, który nieuchronnie nadciąga również do małych, zapomnianych miejsc...

Jeśli ktoś nie jest jeszcze miłośnikiem czeskiego kina, to dobra okazja aby spróbować je polubić. Ciepła i dowcipu w nim nie brakuje :)

PS tak, ten film też widziałam w kinie, w ramach wakacyjnego DKF Kurort odświeżającego takie perełki :)


 
Lekarstwo na miłość
reż. Jan Batory
7/10

Ach, nie pamiętam kiedy w kinie takie fajne starocie widziałam. I jak miło sobie takie czarno-białe filmy poprzypominać (bo kiedyś chyba już to widziałam, a na pewno czytałam "Klin" Joanny Chmielewskiej, na podstawie której "Lekarstwo na miłość" powstało).

Piękna Joanna, pani architekt zresztą (Kalina Jędrusik) czeka na telefon od czarującego Janusza (Wieńczysław Gliński). Ale zamiast niego co chwila dzwonią różni nieznajomi pytając o Honoratę i centralę. W końcu ze złością mówi, że to ona jest Honoratą, a tym samym nieopacznie staje się łączniczką szajki fałszerzy banknotów. Jednym z rozmówców o uwodzicielskim głosie jest Andrzej (Andrzej Łapicki), który namawia ją na spotkanie... Wraz z przyjaciółką Janką (Krystyna Sienkiewicz) Joanna postanawia zabawić się w detektywa i wyjaśnić o co chodzi z tymi telefonami i kim są dzwoniący do Honoraty mężczyźni, a przede wszystkim kim jest tajemniczy Andrzej...

Plejada naszych aktorów (prócz odtwórców głównych ról - ówczesnych amantów, znajdujemy i Mieczysława Czechowicza i Ryszarda Ronczewskiego i Jacka Fedorowicza). Do tego uroczy humor i mnóstwo socjalistycznego klimatu (ech, te wstrętne brudne dolary, nie to co nasze piękne złotówki..;). Milicjanci są dzielni, gangsterzy nie tacy straszni, a wątek romantyczny, bo zgodnie z zasadą "klin klinem": co jest najlepszym lekarstwem na nieszczęśliwą miłość..? ;)

 

 
Królestwo niebieskie (Kingdom of Heaven)
reż. Ridley Scott
4/10

Czasy krucjat krzyżowych. Do żyjącego we Francji kowala Baliana (Orlando Bloom) przyjeżdża wielki rycerz Godfrey z Ibelin (Liam Neeson), odnajdując w nim swego syna i namawiając do udania się do Jerozolimy. Ten w końcu wybiera się w podróż, również dla odkupienia swych win. A na miejscu intrygi i wojna religijna. Chrześcijański król Baldwin IV (Edward Norton) próbuje zachować kruchy rozejm z muzułmanami pod przywództwem Saladina. Króla toczy trąd, a jego przeciwnicy już zacierają ręce myśląc o rozpętaniu wojny po jego śmierci i korzyściom jakie dzięki niej mogliby osiągnąć. Balian zakochuje się w zamężnej siostrze króla Sybilli (wiadomo, że przyjaciela w jej mężu mieć nie będzie). Wkrótce przyjdzie mu dać dowód swego rycerstwa i bronić słabszych, czy sprosta wyzwaniu? (pytanie retoryczne ;)).

To film, którego powinien nieść silny, rycerski facet. Urodzony przywódca z charyzmą. Coś tak jak Crowe w "Gladiatorze" tegoż reżysera. Orlando Bloom, o delikatnej, zwiewnej urodzie młodzieńca z krainy elfów nie daje rady. Nie przekonuje. Nie przykuwa uwagi. Całość przydługa, z brutalnymi scenami bitew, podczas których przysypiałam. Dużo przysypiałam. A historia zupełnie mnie nie interesowała, bo jak może interesować coś, co można dokładnie przewidzieć?


 
Lato miłości (My Summer of Love)
reż. Paweł Pawlikowski
4/10

Wybrałam się na ten film tylko ze względu na nagrody i uznanie jakie nasz rodak zdobył "Latem miłości" na Wyspach Brytyjskich. Z ciekawości, w ciemno. A potem co i raz stwierdzałam, że to nie był dobry pomysł.

Historia dwóch dziewcząt - pięknej i bogatej Tamsin (Emily Blunt) spędzającej na wsi wakacje i prostej wiejskiej dziewczyny Mony (Nathalie Press). Ich poznania i rosnącej wzajemnej fascynacji i uczucia. W tle jest jeszcze nawiedzony brat Mony Phil (Paddy Considine), który nagle zamyka pub, nawraca się i zaczyna organizować spotkania podobnych jemu. Czasem próbuje też wychowywać i dbać o młodszą Monę.

Wszystko to jednak nie jest tak sielankowe jak by się mogło wydawać, momentami zastanawiałam się co to za psychodeliczny klimat, gdzie ja trafiłam.. historia dziewczęcej miłości też mnie niezbyt interesowała. Jedyne co mi się spodobało to zakończenie i mina Mony świadcząca o tym, że czegoś ją to lato nauczyło i że będzie już inną, silniejszą dziewczyną.

Ale i tak nie rozumiem skąd te wszystkie zachwyty i nagrody.

 

 
Czasem słońce, czasem deszcz
(Kabhi Khushi Kabhie Gham...)
reż. Karan Johar
7/10

Kicz gdy osiągnie odpowiednie stężenie może chyba stać się i swoistym dziełem sztuki. "Czasem słońce, czasem deszcz" dochodzą do szczytu skupienia kiczu, jaki miałam okazje w kinie widzieć.. zbliżenia na kobiety zawsze w ujęciu z włosem rozwianym wentylatorem, panowie - piękni oczywiście jak greccy bogowie, mina przystojniaczka z uśmieszkiem cwaniaka, pół filmu wszyscy chodzą załzawieni (tylu załzawionych facetów na jeden film jeszcze nie widziałam..). Jak srogi ojciec wypowiada karcące słowa - zawsze za oknem jest burza z piorunami, a każdy piorun podkreśla frazę.. łapiecie te klimaty? ;) a całość trwa 3,5h i.. nawet ma swój urok ;)

Pierwsza część (w projekcji jest przerwa) opowiada historię starszego z braci Rahula i jego wygnania z domu rodzinnego z powodu wyboru nieodpowiedniej klasowo dziewczyny - rzecz dzieje się w Indiach.. Druga to historia Rohana - brata o 10 lat młodszego, który postanawia odnaleźć Rahula i znów połączyć podzieloną rodzinę.. Wszystko to poprzeplatane muzyczno-tanecznymi wstawkami, tańcami grupowymi, złotem, orientalnym przepychem.. Z główną myślą o tym jak wielka jest siła rodzicielskiej miłości (nawet jeśli tego nie okazują) i jak ważna jest rodzina. Ku pokrzepieniu serc Hindusów, również tych będących na obczyźnie (nie bez kozery część druga dzieje się we współczesnym Londynie..). Może i śmieszy swą naiwnością, tematyką jak z wenezuelskich telenowel, zamierzonym kiczem którego się nie wstydzi czy przewidywalnością, ale i wzruszenie mimowolnie wywołuje.. Klasyka Bollywood, doświadczenie jedyne w swoim rodzaju :)

 

 
Bezdroża (Sideways)
reż. Alexander Payne
9/10

Historia podróży dwójki przyjaciół wkraczających pomału w wiek średni - Milesa (Paul Giamatti) nadal przeżywającego swój rozwód i Jacka (Thomas Haden Church) - aktora z reklamówek o przemijającej już urodzie i uroku. Pierwszy jest znawcą i koneserem win, drugi - zamierza się bogato ożenić i zabiera tego pierwszego w podróż po kalifornijskich winnicach mającą na celu znalezienie wina odpowiedniego na weselną uroczystość. Znaczy to jest oficjalny cel podróży, bo prawdziwy cel jaki stawia sobie Jack jest wyszalenie się przez ten ostatni tydzień wolności i wciągnięcie w to przyjaciela...

Film snuje się pomału, bohaterowie rozmawiają o winach, o życiu, próbują win.. i życia też. Możemy nie do końca akceptować ich postępowanie czy wybory, a jednak zaczynamy do nich czuć sympatię. Miła, zabawna historia o zwykłych ludziach - jeśli polubiliście "Schmidta" to zapewne polubicie i dwójkę tych przyjaciół..

 

 

Archiwum:
Joanna Lewandowska © 2003-2011