|
Filmy
obejrzane (w kinie)
2005
skala:
od
do 
Oceny w ramach poszczególnych gatunków, zupełnie
subiektywne, a na dodatek mogą się zmieniać, w końcu to moje własne
strony :) Nie znalazłam dość motywacji aby opisywać wszystko co
oglądam, stąd ograniczenie do kina. Wybór też nie jest przypadkowy,
bo skoro nie mam wejściówek na darmowe oglądanie, to wybieram
się jedynie na rzeczy, o których mogę przypuszczać, że mi się
choć trochę spodobają. A przynajmniej zapewnią odrobinę rozrywki.
Spadająca z roku na rok liczba tytułów świadczy niestety o zwycięstwie
DVD i oglądania domowego, a seansów pozakinowych tu nie ujmuję.
Notki o filmach z innych lat w archiwum w bocznej
kolumnie.
A w roku 2005 obejrzałam następujące filmy (najniżej
oglądane na początku roku, od góry dodaję nowe):
|
|
| |
Guzikowcy
(Knoflíkári)
reż. Petr Zelenka
|
|
Lubię Zelenkę za absurdalny humor. Pierwszy
raz zetknęłam się z jego sztuką "Opowieści o zwyczajnym
szaleństwie" w sopockim teatrze, potem byli cudowni
"Samotni", do których napisał scenariusz i paradokumentalny
"Rok diabła" o moim ulubionym czeskim bardzie
Jaromirze Nohavicy i jego grupie.
"Guzikowcy" są starszym filmem Zelenki (napisał
też scenariusz). I jednak mniej doskonałym od "Samotnych"
czy "Opowieści.." (niedawno też zekranizowanych).
Opowiadają kilka przeplatających się historii, począwszy
od szczęśliwego miasta, na które nie zrzucono bomby atomowej
z powodu złej pogody (nad Hiroszimą była ładniejsza...),
przez pewnego praskiego taksówkarza i jego nietypowych pasażerów,
po miłośnika plucia z torów na ósemkę pędzącej lokomotywy
i guzikowca, mającego za hobby wyrywanie guzików za pomocą
sztucznej szczęki ściskanej pośladkami. A, jest jeszcze
szukający przebaczenia duch pilota, który tę bombę zrzucał
przywołany przez dziewczynki w czasie seansu spirytystycznego
i parę innych równie malowniczych postaci.
Szkoda, że w drugiej połowie siada napięcie, a kolejne
historie doklejane są trochę na siłę, tak by wszystko zlepić
w jako taką całość. Mimo wszystko dla kompletu opowieści
Petra Zelenki o szalonym współczesnym świecie warto "Guzikowców"
też poznać.
|
|
|
| |
Ja,
Kuba - syberyjski mamut
(Soy Cuba, O Mamute Siberiano)
reż. Vicente Ferraz
|
|
Zadziwiający film dokumentalny, mający coś
z klimatu "Buena Vista Social Club", odnajdujący
zapomnianych twórców czegoś niezwykłego, jak przez przypadek
odkopanego mamuta. Tym razem chodzi o autorów propagandowego
filmu nakręconego w 1964 r. w koprodukcji kubańsko-radzieckiej,
chwalącego rewolucję kubańską. Propaganda, ale najwyższego
lotu jeśli chodzi o realizację, reżyserowana przez radzieckiego
mistrza obrazu Michaiła Kałatoziszwili, autora słynnego
filmu "Lecą żurawie" i jego operatora Siergieja
Urusewskiego.
W "Ja, Kuba" zastosowano niespotykane przedtem
efekty pracy operatorskiej, robiące wrażenie nawet dzisiaj
i do dziś mogące służyć za przykład studentom sztuki filmowej.
Przypominały mi filmy słynnej Leni Riefenstahl z czasów
przedwojennych, chwalące kult ciała i jednostki, pokazujące
sportowców i żołnierzy. Tu do scen zbiorowych angażowano
niemial całe kubańskie wojsko, przemieszczeniami armii budząc
zaniepokojenie ludności. Tysiące ludzi brało udział w scenach
ulicznych. Zadziwiające, że ten film, który powstał takim
nakładem pracy popadł na lata w zapomnienie.. Na Kubie był
zbyt mało kubański i nie oddający latynoskiego ducha. W
Związku Radzieckim pomijany z racji pokazywania obcych socjalistycznemu
duchowi bogaczy z minionej epoki...
Dopiero teraz, po pół wieku sięgnięto do "Soy Cuba",
odnaleziono tych, którzy go tworzyli, realizatorów, aktorów,
zebrano w dokumentalnym filmie ich wspomnienia. Jest pewien
cudowny moment, gdy każdemu z tych, którzy brali udział
w realizacji tego propagandowego dzieła, z pewnym wstydem
przyznającym się do tego, pokazują nowo wydaną kasetę video
z "Soy Cuba" i mówią, że film robi światową karierę,
zachwycają się nim Coppola i Scorsese. Miło patrzeć, jak
nie dowierzają i wreszcie po latach zaczynają odczuwać dumę,
nabierając przekonania, że te dwa lata pracy nad filmem
nie były zmarnowane, że jednak zrobili coś ważnego i pięknego,
niezależnie od jego propagandowego przesłania. Szkoda, że
główni twórcy (m.in. reżyser i operator) nie doczekali tej
chwili.
PS film wyświetlany w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego,
pozwoliłam sobie na spojlery, bo raczej nie trafi do szerszej
dystrybucji.
|
|
|
| |
Remont
kapitalny
(Travaux, on sait quand ça commence...)
reż. Brigitte Roüan
|
|
Takie filmy mogą robić tylko Francuzi. Już
na początku gdy widzimy panią prawnik Chantalle Letellier
(Carole Bouquet) tańczącą i śpiewającą na sali sądowej wiemy,
że na serio to to nie będzie. Chantalle świetnie radzi sobie
w pracy, gorzej w domu i życiu prywatnym. Ma złote serce
i broni wszystkich potrzebujących, ze szczególnym wskazaniem
na nielegalnych imigrantów. Gdy decyduje się na zrobienie
małego remontu w piętrowym mieszkaniu, zatrudni kolumbijską
ekipę i szalonego, wizjonerskiego projektanta. Remont szybko
się zaczyna, a kiedy się skończy? Gdy tu tak miło u pani
mecenas, wszystkich gości, zaprasza kolejnych "fachowców",
którzy psują kolejne rzeczy... powstaje wesoła, wielonarodowa
mieszanka, przygrywa salsa, a my bawimy się beztrosko.
Słowem niezobowiązująca, lekka komedia, miłe półtorej godziny
z przesłaniem, że to właśnie różnorodność jest piękna i
wartościowa, i że powinniśmy ją cenić, a nie zwalczać. Zabawa
wychowawcza z sympatyczną muzyczką. Uroczy był też wielbiciel
Chantalle nieodparcie przypominający bernardyna...;)
PS film wyświetlany w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego
|
|
|
| |
Broken
flowers
reż. Jim Jarmush
|
|
Don Johnston (Bill Murray) po rozstaniu z
kolejną kobietą, z którą nie chciał się związać na stałe
(Julie Delpy) otrzymuje różowy list, pisany na starej maszynie
do pisania przez jedną ze swych byłych, z którego dowiaduje
się że ma syna. Kobieta nie przedstawia się, jedynie informuje
go, że chłopak wyruszył na jego poszukiwanie. Czarnoskóry
sąsiad Dona - Winston (świetny Jeffrey Wright, z którym
Murray ma najlepsze sceny komediowe), przykładny mąż i ojciec
gromadki dzieci, bawi się w Sherlocka Holmesa i organizuje
Donowi wyprawę w celu odwiedzenia wszystkich kobiet podejrzanych
o możliwość posiadania z nim syna.
Drogą eliminacji z listy takich kobiet sprzed 20 lat Don
wyłania cztery. A jak się okazuje każda z nich zupełnie
inna... przy czym każda pełnokrwista i charakterystyczna.
Ponieważ potencjalna mama i tak się do tego nie przyzna,
Don za zadanie ma szukać wszelkich podejrzanych śladów zamiłowania
do koloru różowego lub starej maszyny. Czy rozpozna matkę
swego syna? a jego samego?
Murrayowi partnerują znakomite aktorki: Jessica Lange,
Sharon Stone, Tilda Swinton, wspomniana Delpy i Frances
Corney. Jarmush robi film drogi, którego bohater zastanawia
się nad swoim życiem, swymi związkami z kobietami (co one
w nim widzą tak swoją drogą??), sobą jako ojcem.. Podróż,
która tak mile się rozpoczyna, z czasem staje się coraz
trudniejsza. A my śledzimy razem z nim wszystkie możliwości
i do końca nic nie jest jasne..
|
|
|
| |
Duma
i uprzedzenie (Bride and Prejudice)
reż. Gurinder Chadha
|
|
Bollywood zdobywa coraz szersze rzesze fanów.
Szaleją za nimi nie tylko Hindusi w kraju i na emigracji,
ale i coraz więcej Europejczyków. Uczą się zarówno trudnego
tradycyjnego tańca hinduskiego (próbowałam, głowa boli od
tego tupania ;), jak i bazującego na nim, łatwiejszego tańca
bollywood, tańczonego zarówno przez panie, jak i panów.
Filmy pełne są muzyki, przepychu, tańca, zawsze jest jakiś
konflikt, ale i pochwała tradycji, rodziny i prawdziwej
miłości. No i zawsze wszystko dobrze się kończy. Taki "Pan
Tadeusz" ku pokrzepienia serc.
Tym razem sięgnięto po klasykę romansu brytyjskiego - "Dumę
i uprzedzenie" Jane Austen i w wolny sposób ją przerobiono.
Piękna dziewczyna Lalita (Aishwarya Rai), mająca trzy siostry,
też na wydaniu, poznaje na weselu przystojnego Amerykanina
Wiliama Darcy'ego (Martin Henderson). Od początku wpada
mu w oko, a może i ona by się nim zainteresowała, gdyby
nie wydał się jej takim nadętym, bogatym zarozumialcem..
A ona, wyedukowana, pełna ideałów i miłości do swego kraju...
Akcja przenosi się również na inny kontynent, wszystko
jest poprawnie kolorowe i roztańczone, ale brak tu większych
wzruszeń, brak piosenek, które nuciłoby się długo po seansie,
brak porywających scen tanecznych (choć czasem jednak tańczą..).
Z bollywoodzkich filmów lepszym jednak jest (ze względu
na większy procent cukru w cukrze ;)) Czasem
słońce, czasem deszcz... A z różnych ekranizacji
"Dumy i uprzedzenia" też wolę klasyczną wersję
brytyjską.
|
|
|
| |
Postrzyżyny
(Postrižiny)
reż. Jiži Menzel
|
|
| Tym razem film widziałam po
przeczytaniu książki. I w pełni doceniłam talent Menzla
w ekranizacji prozy Hrabala. O ile nad książką
przysypiałam znużona szczegółowymi opisami, to na filmie
świetnie się bawiłam. Nie było już takich zgrzytów jak książkowe
zabicie psa, za to wiele dodatkowego humoru (jak choćby
rozbudowana postać wujaszka Pepina).
Długo- i złotowłosa Maria żona zarządcy browaru, ciamajdowatego
Francina żyje każdą chwilą, cieszy się i rozkoszuje każdym
drobiazgiem, przyciągając uwagę nie tylko mężczyzn. Kocha
swego męża, a i on w swej ciamajdowatości ją uwielbia, pamiętając
o przywożeniu drobiazgów z okolicznych wojaży.. mają swoje
rytuały, troszczą się o siebie, a życie upływa im powolnie
i sielsko. A my poznajemy przy okazji szczegóły takiego
codziennego życia małego czeskiego miasteczka Nymburka z
czasów rodziców Hrabala (bo to oni są w postaciach Marii
i Francina przedstawieni). I właściwie tego sielskiego życia
nic nie będzie przerywać, choć namiesza głośno mówiąca postać
wujaszka i postęp, który nieuchronnie nadciąga również do
małych, zapomnianych miejsc...
Jeśli ktoś nie jest jeszcze miłośnikiem czeskiego kina,
to dobra okazja aby spróbować je polubić. Ciepła i dowcipu
w nim nie brakuje :)
PS tak, ten film też widziałam w kinie, w ramach wakacyjnego
DKF Kurort odświeżającego takie perełki :)
|
|
|
| |
Lekarstwo
na miłość
reż. Jan Batory
|
|
| Ach, nie pamiętam kiedy w kinie
takie fajne starocie widziałam. I jak miło sobie takie czarno-białe
filmy poprzypominać (bo kiedyś chyba już to widziałam, a
na pewno czytałam "Klin" Joanny Chmielewskiej,
na podstawie której "Lekarstwo na miłość" powstało).
Piękna Joanna, pani architekt zresztą (Kalina Jędrusik)
czeka na telefon od czarującego Janusza (Wieńczysław Gliński).
Ale zamiast niego co chwila dzwonią różni nieznajomi pytając
o Honoratę i centralę. W końcu ze złością mówi, że to ona
jest Honoratą, a tym samym nieopacznie staje się łączniczką
szajki fałszerzy banknotów. Jednym z rozmówców o uwodzicielskim
głosie jest Andrzej (Andrzej Łapicki), który namawia ją
na spotkanie... Wraz z przyjaciółką Janką (Krystyna Sienkiewicz)
Joanna postanawia zabawić się w detektywa i wyjaśnić o co
chodzi z tymi telefonami i kim są dzwoniący do Honoraty
mężczyźni, a przede wszystkim kim jest tajemniczy Andrzej...
Plejada naszych aktorów (prócz odtwórców głównych ról -
ówczesnych amantów, znajdujemy i Mieczysława Czechowicza
i Ryszarda Ronczewskiego i Jacka Fedorowicza). Do tego uroczy
humor i mnóstwo socjalistycznego klimatu (ech, te wstrętne
brudne dolary, nie to co nasze piękne złotówki..;). Milicjanci
są dzielni, gangsterzy nie tacy straszni, a wątek romantyczny,
bo zgodnie z zasadą "klin klinem": co jest najlepszym
lekarstwem na nieszczęśliwą miłość..? ;)
|
|
|
| |
Królestwo
niebieskie (Kingdom of Heaven)
reż. Ridley Scott
|
|
| Czasy krucjat krzyżowych. Do
żyjącego we Francji kowala Baliana (Orlando Bloom) przyjeżdża
wielki rycerz Godfrey z Ibelin (Liam Neeson), odnajdując
w nim swego syna i namawiając do udania się do Jerozolimy.
Ten w końcu wybiera się w podróż, również dla odkupienia
swych win. A na miejscu intrygi i wojna religijna. Chrześcijański
król Baldwin IV (Edward Norton) próbuje zachować kruchy
rozejm z muzułmanami pod przywództwem Saladina. Króla toczy
trąd, a jego przeciwnicy już zacierają ręce myśląc o rozpętaniu
wojny po jego śmierci i korzyściom jakie dzięki niej mogliby
osiągnąć. Balian zakochuje się w zamężnej siostrze króla
Sybilli (wiadomo, że przyjaciela w jej mężu mieć nie będzie).
Wkrótce przyjdzie mu dać dowód swego rycerstwa i bronić
słabszych, czy sprosta wyzwaniu? (pytanie retoryczne ;)).
To film, którego powinien nieść silny, rycerski facet.
Urodzony przywódca z charyzmą. Coś tak jak Crowe w "Gladiatorze"
tegoż reżysera. Orlando Bloom, o delikatnej, zwiewnej urodzie
młodzieńca z krainy elfów nie daje rady. Nie przekonuje.
Nie przykuwa uwagi. Całość przydługa, z brutalnymi scenami
bitew, podczas których przysypiałam. Dużo przysypiałam.
A historia zupełnie mnie nie interesowała, bo jak może interesować
coś, co można dokładnie przewidzieć?
|
|
|
| |
Lato
miłości (My Summer of Love)
reż. Paweł Pawlikowski
|
|
| Wybrałam się na ten film tylko
ze względu na nagrody i uznanie jakie nasz rodak zdobył
"Latem miłości" na Wyspach Brytyjskich. Z ciekawości,
w ciemno. A potem co i raz stwierdzałam, że to nie był dobry
pomysł.
Historia dwóch dziewcząt - pięknej i bogatej Tamsin (Emily
Blunt) spędzającej na wsi wakacje i prostej wiejskiej dziewczyny
Mony (Nathalie Press). Ich poznania i rosnącej wzajemnej
fascynacji i uczucia. W tle jest jeszcze nawiedzony brat
Mony Phil (Paddy Considine), który nagle zamyka pub, nawraca
się i zaczyna organizować spotkania podobnych jemu. Czasem
próbuje też wychowywać i dbać o młodszą Monę.
Wszystko to jednak nie jest tak sielankowe jak by się mogło
wydawać, momentami zastanawiałam się co to za psychodeliczny
klimat, gdzie ja trafiłam.. historia dziewczęcej miłości
też mnie niezbyt interesowała. Jedyne co mi się spodobało
to zakończenie i mina Mony świadcząca o tym, że czegoś ją
to lato nauczyło i że będzie już inną, silniejszą dziewczyną.
Ale i tak nie rozumiem skąd te wszystkie zachwyty i nagrody.
|
|
|
| |
Czasem słońce,
czasem deszcz
(Kabhi Khushi Kabhie Gham...)
reż. Karan Johar
|
|
Kicz gdy osiągnie odpowiednie stężenie może
chyba stać się i swoistym dziełem sztuki. "Czasem słońce,
czasem deszcz" dochodzą do szczytu skupienia kiczu,
jaki miałam okazje w kinie widzieć.. zbliżenia na kobiety
zawsze w ujęciu z włosem rozwianym wentylatorem, panowie
- piękni oczywiście jak greccy bogowie, mina przystojniaczka
z uśmieszkiem cwaniaka, pół filmu wszyscy chodzą załzawieni
(tylu załzawionych facetów na jeden film jeszcze nie widziałam..).
Jak srogi ojciec wypowiada karcące słowa - zawsze za oknem
jest burza z piorunami, a każdy piorun podkreśla frazę..
łapiecie te klimaty? ;) a całość trwa 3,5h i.. nawet ma
swój urok ;)
Pierwsza część (w projekcji jest przerwa) opowiada historię
starszego z braci Rahula i jego wygnania z domu rodzinnego
z powodu wyboru nieodpowiedniej klasowo dziewczyny - rzecz
dzieje się w Indiach.. Druga to historia Rohana - brata
o 10 lat młodszego, który postanawia odnaleźć Rahula i znów
połączyć podzieloną rodzinę.. Wszystko to poprzeplatane
muzyczno-tanecznymi wstawkami, tańcami grupowymi, złotem,
orientalnym przepychem.. Z główną myślą o tym jak wielka
jest siła rodzicielskiej miłości (nawet jeśli tego nie okazują)
i jak ważna jest rodzina. Ku pokrzepieniu serc Hindusów,
również tych będących na obczyźnie (nie bez kozery część
druga dzieje się we współczesnym Londynie..). Może i śmieszy
swą naiwnością, tematyką jak z wenezuelskich telenowel,
zamierzonym kiczem którego się nie wstydzi czy przewidywalnością,
ale i wzruszenie mimowolnie wywołuje.. Klasyka Bollywood,
doświadczenie jedyne w swoim rodzaju :)
|
|
|
| |
Bezdroża (Sideways)
reż. Alexander Payne
|
|
Historia podróży dwójki przyjaciół wkraczających
pomału w wiek średni - Milesa (Paul Giamatti) nadal przeżywającego
swój rozwód i Jacka (Thomas Haden Church) - aktora z reklamówek
o przemijającej już urodzie i uroku. Pierwszy jest znawcą
i koneserem win, drugi - zamierza się bogato ożenić i zabiera
tego pierwszego w podróż po kalifornijskich winnicach mającą
na celu znalezienie wina odpowiedniego na weselną uroczystość.
Znaczy to jest oficjalny cel podróży, bo prawdziwy cel jaki
stawia sobie Jack jest wyszalenie się przez ten ostatni
tydzień wolności i wciągnięcie w to przyjaciela...
Film snuje się pomału, bohaterowie rozmawiają o winach,
o życiu, próbują win.. i życia też. Możemy nie do końca
akceptować ich postępowanie czy wybory, a jednak zaczynamy
do nich czuć sympatię. Miła, zabawna historia o zwykłych
ludziach - jeśli polubiliście "Schmidta" to zapewne
polubicie i dwójkę tych przyjaciół..
|
|
|
|