Tędy do głównych drzwi :)
Joanna Lewandowska - Prywatne Strony
Znak autorki :)
     

 


Filmy obejrzane (w kinie) 2009

skala: od 1/10 - Katastrofa do 10/10 Rewelacja!

Rok 2009 nadal daleki był od dobrej średniej, jeśli chodzi o filmy kinowe, choć wielokrotnie nadrobiłam to filmami w wersji domowej.

Tych, którzy mają ochotę zobaczyć moje opinie na temat filmów obejrzanych w innych latach zapraszam do archiwum - linki w bocznej kolumnie.


 
Odlot (Up) reż. Pete Docter
8/10

Kolejny raz Pixar porusza zupełnie nietypowy temat - starości, przemijania i realizacji życiowych marzeń, na które nigdy nie jest za późno. Śmierć i starość są zdawałoby się tematem tabu w filmie animowanym, skierowanym przede wszystkim do dzieci. Całe życie do jego końca, które zwykle jest głównym tematem, tu pokazane jest w paru pierwszych minutach.

Szczęśliwe małżeństwo marzyło o tym, aby kiedyś postawić domek na szczycie pewnej góry z wodospadem w Ameryce Południowej. Ciągle jednak bieżące pilne sprawy pochłaniały oszczędności zbierane na ten cel, ciągle było to odkładane na potem. Po śmierci żony staruszek Carl Friedricksen, którego chcą przenieść do domu opieki, postanawia wyrwać się wraz ze swym małym domkiem z coraz bardziej wrogiego świata do miejsca marzeń. Przyczepia do domu tysiące balonów i odlatuje, zabierając przy okazji małego, grubiutkiego skauta, który z kolei pragnie zdobyć ostatnią odznakę za pomoc starszym osobom. Tak zaczyna się ich wspólna podróż oraz historia ich przyjaźni.

Dobry film. W wersji 3D miejscami ma nawet dodatkową głębię ;) Choć osobiście bardziej mnie wzruszył, a jednocześnie rozbawił "Wall.E", nie wiem czy to kwestia tłumaczenia (bo tłumacz ten sam, chociaż nie Wierzbięta) czy raczej oryginału. Bo były momenty gdy ewidentnie miało być śmiesznie, postacie niemal zawisały w powietrzu w oczekiwaniu na reakcję publiki, a wychodziło trochę naciąganie.


 
Bulwar Zachodzącego Słońca (Sunset Blvd.)
reż. Billy Wilder
10/10

Ten film został wybrany na ostatni seans sopockiego DKF'u, w tym samym małym, starym kinie w którym oglądałam "W pogoni za mężem". Wybór bardzo trafny, bo też opowiada o końcu pewnego świata w Hollywood, końcu kina niemego. Zubożały scenarzysta Joe Gillis (William Holden), uciekając przed swymi wierzycielami chcącymi odzyskać samochód, skręca przypadkowo w ścieżkę prowadzącą do posiadłości przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. Mieszka w nim dawna gwiazda filmu niemego Norma Desmond (Gloria Swanson) wraz ze swym nieco demonicznym lokajem, który utrzymuje ją w przekonaniu, że jej sława jeszcze nie przeminęła. Zatrudnia Joe'go aby za przyzwoitą stawkę zamieszkał w domostwie i napisał według jej pomysłu scenariusz do filmu będącego jej wielkim powrotem. Propozycja nie do odrzucenia, ale niesie ze sobą pewne komplikacje...

Piękny film w mojej ulubionej stylistyce lat 1950. Nostalgiczny, o nieuchronności zdarzeń i jednocześnie stwarzaniu pozorów, aby je chronić i przedłużyć jak najbardziej... Kino nieme przeszło w dźwiękowe, jednak na tym przejściu nie tracąc. Sopocki DKF przeszedł do kameralnej sali nowego Multikina i mam nadzieję, że też nie straci. Na pewno wkrótce tam zawitam, aby się osobiście przekonać.


 
W pogoni za mężem (Pride and Prejudice)
reż. Robert Z. Leonard
7/10

"Małe kino, czy pamiętasz małe, nieme kino.." a w nim nie Rudolf Valentino, ale Laurence Olivier w roli pana Darcy. Jedna z pierwszych ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen, z 1940 roku. I polskimi, ledwo widocznymi napisami z czasów, gdy nie tłumaczono jeszcze wszystkiego, a tylko to, co było wymagane aby wątku nie stracić. Trudno też nadrabiać ze słuchu z niewyraźnej ścieżki dźwiękowej.

Ale to wszystko ma swój urok i więcej wdzięku, szarmu i dowcipu niż najnowsza ekranizacja tejże samej powieści z Keirą Knightley, gdzie lalusiowaty Macfadyen w roli Darcyego snuje się beznamiętnie, a Olivierowi niegodzien butów wiązać. Całość zaś w stylistyce przaśnej z kurami biegającymi po domu, zupełnie nie pasowała do moich wyobrażeń. Panny Bennet w "Pogoni za mężem" są znacznie starsze niż Keira (taki urok filmów w początkach kina) i na pewno, poza Maureen O'Sullivan w roli Jane, nie tak ładne. Jeśli jednak jeszcze gdzieś będziecie mieli okazję zobaczyć tę wersję z pierwszej połowy ubiegłego wieku, warto się zanurzyć w starym, trzeszczącym foteliku małego, starego kina...


 

Coco Chanel (Coco avant Chanel)
reż. Anne Fontaine

7/10

Polski tytuł niedokładnie oddaje treść filmu, ponieważ nie opowiada życia Coco Chanel - znanej projektantki i twórczyni wielkiego imperium haute couture, ale życie biednej, nieznanej nikomu dziewczyny, która miała odwagę dążyć do tego, aby tą Coco Chanel się stać.

Gdybym miała ten film podsumować jednym zdaniem powiedziałabym, że jest o cenie kompromisów. O trudnych wyborach jakie trzeba czasem dokonywać w drodze do celu i pytaniem czy warto, a jeśli tak - za jaką cenę.

Absolutnie rewelacyjna Audrey Tatou w tytułowej roli, ona po prostu jest Coco - odważną, idącą pod prąd swoją ścieżką, gdy trzeba twardą i nieczułą, kiedy indziej wrażliwą, szaloną romantyczką. Niezależnie od majątku i okoliczności - bardzo elegancką i stylową. Audrey stworzyla tu pierwszą wyrazistą postać od czasów dziewczęcej Amelii. Tu stała się kobietą.


 
Slumdog. Milioner z ulicy (Slumdog Millionaire) reż. Danny Boyle
9/10

To film, który zostaje w głowie, urywanymi barwnymi obrazami, porywającą, niepokojącą, świetnie dopasowaną muzyką. Historia miłości niemożliwej, beznadziei życia w hinduskich slamsach Mumbaju (Bombaju) i próby wyrwania się z nich do innego, lepszego świata. Ostatnią szansą będzie wygrana w "Milionerach". Tylko jak bez oszukiwania może wygrać chłopak, który wychował się na ulicy i nie uczęszczał do szkół? Opowieścią o swoim życiu udowadnia przesłuchującym go policjantom, że odpowiedzi na pytania znał przez swe bolesne, czasem traumatyczne doświadczenia. Pokazuje jak mimo wszystkich przeciwności można zachować godność i pozostać wiernym sobie. I nie stracić wiary i nadziei.

Tematyka bliższa Bollywoodowi opowiedziana przez Hollywood, ale tak jak nikt tego do tej pory nie robił. Bez cukierkowej powierzchowności, poruszająca prawdziwe tragedie, pokazująca brud, biedę i żerujący na tym światek. Dostrzegane są przy tym radosne okruchy życia, które też się przydarzają nawet w najgorszm koszmarze, a przez to historia opowiedziana jest w sposób, który czyni ją możliwą do przyjęcia.

Zasłużone Oskary, w tym za muzykę i piosenkę - Jai Ho będące pochwałą zwycięstwa to absolutne cudo, doładowujące pozytywną energią na zakończenie, wraz z typowo bollywoodzkim tańcem. Rewelacyjne dzieciaki w głównych rolach. A i tak najbardziej zapadają w pamięć wielkie brązowe oczy małego Jamala. Mam nadzieję, że odtwórca jego roli również wykorzysta dobrze swoją szansę na wyrwanie się z tych slamsów.


 

Archiwum:
Joanna Lewandowska © 2003-2011