Tędy do głównych drzwi :)
Joanna Lewandowska - Prywatne Strony
Znak autorki :)
     


Tomy przeczytane 2003

skala: od 1/10 - Katastrofa do 10/10 Rewelacja!

Z analizy porównawczej za rok 2003 wychodzi na to, że widziałam dwa razy więcej filmów w kinie niż przeczytałam książek. Wstyd mi za te słabe wyniki czytelnicze. Pocieszam się jednak, że w jednej i drugiej dziedzinie i tak przekroczyłam wielokrotnie normę przeciętnego Polaka ;) Nie przez przypadek prawie połowa z przeczytanych tomów związana była z fantastyką w różnych wydaniach. Nie stała się jeszcze mą ulubioną - ale zapoznaję się z jej różnymi nurtami. Co mi wpadnie w ręce w kolejnych latach?

Zapraszam również do tomów przeczytanych w innych latach - archiwum w bocznej kolumnie.

Przerobione w 2003:

 

"Poniedziałek zaczyna się w sobotę"
Arkadij i Borys Strugaccy

6/10

Informatyk Priwałow trafia do Instytutu Badań Czarów i Magii, ściągnięty przez tajemniczych osobników niemal prosto z ulicy. Dzieją się tam przeróżniaste rzeczy, a sam tytuł książki nawiązuje do rozwijanej w drugiej części teorii ruchu wstecznego w historii wydarzeń (nie tak to się nazywało, ale o to chodziło :). Klimatem przypomina mi to skrzyżowanie opowiadań Bułyczowa z nieprawdopodobieństwami Świata Dysku, acz lekka zabawa to nie była. Dla mnie odrobinę niespójne i przeintelektualizowane, więc przysypiałam, gdy czytałam na dobranoc, ale może gdyby się bardziej skupić i jednym ciągiem przeczytać, to i odbiór byłby bardziej pozytywny :)

 

 

"Apokalipsa według Pana Jana"
Robert J. Szmidt

7/10

Alternatywna propozycja rozwoju wypadków we współczesnej Polsce, gdy nasz kochany kraj początków XXI wieku przyczynia się do wybuchu wojny nuklearnej, która znacznie zmienia obraz świata. Po paru latach przedstawiciele zakamuflowanych w masywie Ślęży sił zbrojnych wychodzą na powierzchnię i docierają do Wrocławia, gdzie rządzi Pan Burmistrz Jan. On to zaczyna tworzyć na gruzach nowy świat według własnych zasad i według własnych planów odbudowy potęgi kraju pod swoim przywództwem. Akcja zaskakuje licznymi niespodziankami i zwrotami do samego końca. Można się trochę pogubić wśród nazwisk i wojskowych funkcji kolejnych przewijających się postaci, ale miłośnicy militariów, fantastyki lub historii wpadną w tę alternatywę na dobrą chwilę i nie będą żałować.

 

 
"Achaja" (tom I) Andrzej Ziemiański
9/10

Ta książka to czarna dziura. Duża (ponad 600 stron) i pochłania bez reszty. I do tego będzie ciąg dalszy, bo wyraźnie stoi, że to pierwszy tom. Rzecz dzieje się gdzieś dawno i gdzieś w innych krajach, gdzie są wielke księstwa i Zakon walczące o sfery wpływów, istnieją Ziemcy, wielcy czarownicy rozmawiający z bogami, Chorzy Ludzie, szermierze natchnieni i demony.
Achaja jest córką księcia Archentara. Gdy ją poznajemy to piękna nastolatka, sprytna i mądra, ale dająca się poniżać swej macosze - rówieśnicy. Przez jej intrygi wiele będzie musiała przejść, wycierpieć i się nauczyć, by móc zacząć walczyć o to, co jej się należy. Równolegle poznajemy losy Zaana i Siriusa, świątynnego skryby i młodego, porywczego "błędnego rycerza", którzy marzą o zdobyciu władzy. Jest też czarodziej Meredith, który usiłuje poznać tajemnice Dobra i Zła i płaci za to wysoką cenę. Losy każdego z nich śledzimy z zapartym tchem.
Ziemiański ma niezwykłą lekkość pisania, nadawania postaciom charakterystycznego dla nich stylu, a jednocześnie potrafi zainteresować np. szczegółami dotyczącymi technik walki. Jedyne co mi nie do końca pasowało to zbyt współczesne przekleństwa i grubiaństwa - niby autor się z nich tłumaczy i niby jest to język bliższy współczesnym, młodym czytelnikom, ale jakoś nie mogłam się do niego przekonać.
Zawsze lubiłam bajki o biednym, "głupim Jasiu", poniżanym i wykorzystywanym, który w końcu wszystkim pokazuje na co go stać. Tym bardziej mi się więc podoba jak dodatkowo dla odmiany tytułową bohaterką jest potrafiąca walczyć inteligentna dziewczyna, wyglądająca prawie jak rycerska wersja Lary Croft. Tyle że z krwi i kości. Jedna z ciekawszych "bajek", jakie zdarzyło mi się przeczytać, będę z niecierpliwością wyglądała kolejnej części :)

 

 
"Pod niebem Toskanii" Frances Mayes
7/10

Jankeskie małżeństwo kupuje stary, na pół zrujnowany dom we Włoszech i zajmuje się jego remontem i urządzaniem, poznając przy okazji włoską mentalność, kuchnię i przyrodę.
Nieformalny przewodnik po Toskanii i słowniczek języka włoskiego (popularne słowa, zwłaszcza na oznaczenie jedzenia). Idealne dla tych, którzy uwielbiają sobie wyobrażać miejsca, w które chcieliby pojechać i którzy lubią je poznawać przez doświadczenia innych, 'od środka'. I dla tych, co lubują się w regionalnych przepisach kulinarnych. Spodoba się pewnie też tym, którzy śledzili zmagania Whartona przy remoncie domu we Francji (choć tam bywało bardziej dramatycznie i zabawniej). To pierwsza książka z przynajmniej dwóch tej autorki. Wielkich emocji nie budzi, ma charakter bardziej poznawczy, ale czyta się przyjemnie. No i polscy robotnicy są w niej przedstawieni o wiele korzystniej niż włoscy ;)

 

 
"Namiętność" Jeanette Winterson
7/10

Zaskoczyła mnie ta niewielka książeczka. Rzecz dzieje przez ponad 20 lat czasów napoleońskich i opowiedziana jest przez dwie osoby: on (Henri), zafascynowany Napoleonem służy w armii podając mu pieczone kurczaki i gotów jest iść za nim na śmierć; ona (Villanelle) jest córką wenecjańskiego gondoliera (z błonami między palcami stóp), pracującą w męskim przebraniu w kasynie, która swe serce oddaje pewnej kobiecie, ale za mąż wychodzi za bogacza o tłustych paluchach. Tych dwoje spotyka się w końcu pewnej mroźnej zimy... Czy nie za późno?
Nie jest to bynajmniej jakieś banalne romansidło i nie skończy się jak takie - ta książka ma w sobie coś z tajemniczości i magii, ale i okrucieństwa jakie kojarzą się z prozą Marqueza. Do tego szczypta realiów ery Bonapartego z Francji, Włoch i Rosji. Ciekawy przerywnik na wieczór (nawet jeśli tylko na jeden starczy).

PS. Mają to podobno ekranizować i zatrudnić do głównych ról G.Paltrow i J.Binoche (a gdzie rola dla Henriego??). Cały czas się zastanawiam która z nich będzie tym chłopakiem w kasynie... i tak mi wychodzi, że Paltrow chce powtórzyć swoje oscarowe, męskie przebranie z wąsikiem, brrr...

 

 
"Muzyka duszy" Terry Pratchett
5/10

Książki Pratchetta mają to do siebie, że podobają mi się do połowy. Gdy przedstawia jakiś nowy kawałek Świata Dysku, nowe postacie lub starych znajomych. Potem się akcja wśród wielu bohaterów równolegle nakręca dążąc zawsze do wielkiej kulminacji, która na ogół jest tak nieprawdopodobna, że dla mnie całkiem niezrozumiała. Tym razem jest o muzyce wykrokowej, która zaczyna żyć własnym życiem, o nietypowym zespole, którego porywa i o Śmierci (mój zdecydowany ulubieniec w ŚD), który usiłuje zapomnieć. Aha, no i o jego wnuczce Susan, która próbuje go zastępować.

Typowy dla Pratchetta humor, jak zwykle świetne tłumaczenie PWC, ale mi i tak bardziej podobały się historie gdzie było więcej Śmierci lub dzielnej straży (z Marchewą na czele). Nie wiem czy sięgnę po kolejnego Pratchetta, którego już kupiłam. Jeśli tak - to jedynie ze względu na pierwszą połowę ;)

 

 
"Zwariowana łódka" Farley Mowat
6/10

Nieprawdopodobna historia pewnego pana w łódce, pod koniec nawet z psem. Farley Mowat marzący o dalekich jachtowych podróżach kupuje u północnych, kanadyjskich wybrzeży starą łódkę (wszystko przez ten akohol i brak asertywności). Potem próbuje z niej bezskutecznie zrobić łódkę pływającą i niecieknącą. Czasami mu się to udaje. Na krótko.
Trudno wyczuć czy rzeczywiście jest to w całości historia autobiograficzna, bo autor niewątpliwie zna dobrze miasteczka, wioski i wybrzeże Nowej Funlandii. Ale jego kilkuletnie zmagania z łódką, która reaguje na to, co jej się opowiada albo nie chce przez parę lat płynąć w jedną ze stron świata i do tego ciągle próbuje zatonąć - wydają się ździebko naciągane. OK, nie pływałam, mogę nie znać się na łódkach i ich kaprysach ;) Mowat lubi gawędzić i robi to lekko i z humorem, szkoda że im dalej, tym mniej to zaskakuje i w końcu wszystko zaczyna się wydawać mało prawdopodobne.

 

 
"Cała kupa wielkich braci" Rafał A. Ziemkiewicz
7/10

Zbiór opowiadań zdobywcy prestiżowej nagrody im. Zajdla. Fantastyka przez pryzmat polskiej, absurdalnej czasem rzeczywistości przełomu XX/XXI w. Najbardziej spodobała mi się działalność pieniędzy i aniołów, a rozbawiły nazwy typu ojciec Grzyb vel Muchomorek, gazeta "Wiwat!" czy "Srebrnopolscy". Im kto uważniej śledzi co się w naszej gospodarce, polityce i społeczeństwie dzieje, a do tego pamięta rzeczy typu prywatyzacja Banku Śląskiego, tłumne zebrania religijne lub popiwek - tym więcej dla siebie znajdzie w tej książce. Nie znajdujący odniesień też będą mogli się uśmiechnąć.. lub zamyślić. Nie wszystkie opowiadania mi się spodobały, ale generalnie średnia wypada nieźle :)

PS Srebrny Robaczek pozdrawia Srebrnego Szerszenia ;)

 

 
"S@motność w sieci" Janusz L. Wiśniewski
6/10

W necie jest się anonimowym, przy wirtualnych spotkaniach czasem długo nie poznaje się osoby po drugiej stronie, co ułatwia zwierzenia i szybkie przechodzenie do dość osobistych wyznań. Ale czy tego typu wirtualne życie nie jest tylko przykrywką dla odczuwanej samotności?
Wiśniewski opowiada historię dwojga ludzi, którzy minęli się gdzieś w realu, ale tak naprawdę spotkali, poczuli bliskość i pokochali dopiero w internecie. Czy to uczucie może spełnić się też w prawdziwym życiu? Ich losy poprzeplatane są historiami innych osób, których ta dwójka spotykała lub z którymi była w jakiś sposób powiązana. Jak dla uzasadnienia tytułu są to same historie w gruncie rzeczy samotnych lub naznaczonych innym nieszczęściem ludzi. Książka wciąga, da się ją przeczytać w jeden wieczór, ale raczej nie polecam na chandrę - pozostawia po sobie smutek, a nawet łzy - jeśli się ktoś bardziej wzruszy.

PS przy okazji można się dowiedzieć ciekawych rzeczy o osobach posiadających inicjały JL ;)

PPS jak na autora takiej książki przystało - podaje swoje elektroniczne namiary i adres własnej strony internetowej.

 

 
"Absolwenci" Erich Segal
6/10

Jeśli ktoś czytał "Doktorów" Segala i mu się podobało, to niech sięgnie po "Absolwentów". Albo niech nie sięga jeśli nie lubi powtórek z rozrywki. Tym razem mamy do czynienia z grupką studentów Harvardu o różnych zainteresowaniach - muzycznych, sportowych, starogreckich czy politycznych. Połowa opowieści przypada na lata studenckie, druga - na dalsze losy absolwentów do czasu spotkania rocznika 1958 po 25 latach. Reszta podobna do "Doktorów" - problemy z ojcami (bardzo częsty motyw u Segala), załamania nerwowe, samobójstwa, dążenie do kariery, szukanie miłości, kompromisy, zdrady i rozwody. Zamiast rozgrywek w środowisku lekarskim mamy mocniej zaznaczony rys historyczno-polityczny lat 1954-83 z odrobiną kulis świata show-biznesu, sztuki i życia naukowego.
Niewątpliwą zaletą książek Segala jest ich "filmowość" - idealnie nadają się na obyczajowe ekranizacje i mimo pokaźnych rozmiarów ("Absolwenci" mają 574 stron) łatwo się czytają. Dla mnie niestety wtórność zmniejsza siłę oddziaływania.

 

 
"Zaułek łgarza" Robert McLiam Wilson
6/10

Debiutancka powieść przystojnego Irlandczyka, który gościł niedawno w Polsce. Sięgnęłam po nią, bo spodobała mi się jego kolejna książka - "Ulica marzycieli". 21-letni Irlandczyk Ripley Bogle opowiada w ciągu kilku dni swe życie londyńskiego kloszarda, opisując jednocześnie jak żył nim znalazł się na ulicy i co go do tego doprowadziło. Styl R.M. Wilsona jest charakterystyczny - błyskotliwy, zaskakujący, czasem bardzo mocny, nawet wulgarny. Poezja miesza się z tragedią. Bohaterowie jego książek (zarówno tej jak i "Ulicy marzycieli") pokazują bezsens nacjonalizmów na przykładzie konfliktu irlandzko-brytyjskiego. Zwykle potrafią się bić, niejeden dramat widzieli, do niektórych się przyczynili, są inteligentni, dalecy od świętości, a przy tym rozmyślają nad absurdami otaczającego ich świata. Tematy poważne, ale książki Wilsona wciągają. Na początek polecam jednak "Ulicę marzycieli".

 

 
"Halo, Wikta!" Katarzyna Pisarzewska
8/10

Książeczkę widziałam wcześniej w księgarniach, ale się nie skusiłam. Znalazłam ją dołączoną do jakiegoś czasopisma, które mama kupiła i zajrzałam wolnym wieczorem. Od razu mnie wciągnęła - lekka, zabawna, coś w stylu niezobowiązujących historii kryminalnych. Opowiedziana przez Lenę, która pewnego dnia budzi się w nieznanym sobie otoczeniu i odkrywa że straciła pamięć, że anorektycznie się głodziła i robiła wszystko żeby podtrzymać stygnące uczucie męża, znosząc upokorzenia i być może rękoczyny. Jeszcze bardziej się zdumiewa gdy odkrywa, że jej mąż jest... mafiozem, a koleżanka wspomina iż Lena planowała spotkać się z niejakim Piotrem poznanym przez Internet...

 

 
"Blade Runner" Philip K. Dick
7/10

Książka będąca bazą kultowego filmu Scotta. Kiedyś go widziałam, pamiętam, że bardzo mi się spodobał, ale... niewiele więcej. Więc odkrywałam na nowo androidy, ich łowców, elektroniczne owce i sowy. Uśmiechnęłam się trochę na to, że świat w tej przyszłości nadal podzielony jest między Stany i Bratni Naród. Zdziwiło mnie że główny bohater miał żonę, nie pamiętałam z filmu motywu jednoczenia się z Mercerem, szkoda mi było pajączka. Głównym sposobem na rozpoznawanie androidów było badanie poziomu empatii - jej brak był wyrokiem śmierci. Ciekawe jak obecna ludzkość z czasów sprzed kolonizacji wszechświata przeszłaby takie testy. Nie macie czasem wrażenia, że nieczułe, wyrachowane, choć całkiem sprawnie działające androidy są już wśród nas?

 

 
"Różowe tabletki na uspokojenie" Krystyna Janda
9/10

Zbiór felietonów Krystyny Jandy, jakie ukazywały się w "Urodzie" i "Pani". Bardzo lubię felietony, a felietony pani Krystyny są po prostu świetne - opowiadają ciekawe historie, skrzą się dowcipem, skłaniają do zadumy, miewają zaskakujące puenty. Czyta się to jednym tchem, podobały mi się bardziej niż jej autobiograficzna książka "Tylko się nie pchaj". Cenię talent aktorski Krystyny Jandy (na żywo widziałam ją w 'Shirley Valentine' i pobiła o kilka długości pewną Angielkę którą w tej samej sztuce widziałam dzień wcześniej), ale pisanie jest tym co zdecydowanie potrafi robić najlepiej.

 

 
"Śniadanie u Tiffany'ego" Truman Capote
8/10

Mam pewien sentyment do tego filmu i do 'Moonrivera' w wykonaniu Audrey Hepburn. Samą Hepburn uważam za jeden z ideałów kobiecego piękna. Jeśli poznało się książkę, tym bardziej może zaskakiwać wybór Audrey do roli Holly Golightly. Książka jest smutna, bardziej życiowa i daleka od optymistycznego romantyzmu, jakiego pełen jest film. Audrey dodała swej bohaterce rys szlachetności i wielkiej klasy. Książkowa Holly jest bardziej nieszczęśliwa, bardziej wulgarna, bardziej podkreślone jest to jej błąkanie się po świecie w poszukiwaniu miejsca, w którym czułaby się bezpiecznie jak u Tiffanny'ego. Jest takim wiecznym Dreammakerem, który szuka, ale nie znajduje swej drugiej połówki. Nie ma filmowego happy endu, nie ma romantycznego pocałunku w deszczu nad odszukanym kotem. Holly po poronieniu wyjeżdża do Brazylii z listą najbogatszych facetów w kieszeni. Jej bezimienny wielbiciel - sąsiad odnajduje jakiś czas potem wyrzuconego kota w jednym z okien ciepłych domów - przynajmniej ten znalazł swe miejsce. Ostatni ślad po Holly pochodzi z dalekiej Afryki - po wielu latach widziano ją tam podróżującą z dwoma mężczyznami...

 

 

Archiwum:
Joanna Lewandowska © 2003-2011