Tomy
przeczytane 2009
skala:
od
do 
Zdecydowanie za szybko czytam w stosunku do czasu
znajdowanego na pisanie..;) Choć ciągle nie tracę nadziei, że
kiedyś te notki uzupełnię ;)
Zapraszam
również do tomów przeczytanych w roku
2003, roku 2004,
2005, 2006,
2007 i 2008.
Przerobione:
|
|
| |
"Zmierzch"
Stephenie Meyer |
|
Oczywiście słyszałam o tej młodzieżowej sadze
wampirzej i nowej wampiromaii nią spowodowanej. Nie czułam
się targetem, bo ani horrory mnie nie pociągają, ani do
młodzieżowych książek już nie sięgam. Z drugiej strony dopiero
co odsłuchałam "Dzieci z Bullerbyn" w rewelacyjnej
interpretacji Ireny Kwiatkowskiej, przypomniałam sobie z
rozrzewnieniem szczenięce lata, więc jak nadarzyła się okazja
to stwierdziłam że może i trzeba poznać tę współczesną Katarzynę
i jej Heathcliffa i zobaczyć o co takie halo.
Ponad 400 stron. Dwa dni. Nieźle jak na mnie. Słowem wsiąkłam.
Koniec lata, wyjątkowo piękne słońce, prawdziwe l'ete indien,
można się powylegiwać, nasycić witaminą D i relaksować...
Pomijając słabości fabuły, powtarzalność tekstów, marność
akcji, to jednak absorbuje dziwnym urokiem. Może to ta zupełnie
inna wizja wampirów, eleganckich, pięknych i przyjaznych,
poruszających się jak matrixowe pociski, ten idealny w każdym
calu Edward Cullen cierpiący bardziej niż młody Werter,
bo i chciałby i boi się o bezpieczeństwo ukochanej, której
coś grozi z jego strony. A może pochmurno-dżdżysto-tajemnicze
okolice, w które przenosi się Bella - niezdarna, nieprzewidywalna
17-latka, której w myślach nawet wampiry nie potrafią czytać.
Z drugiej strony nudna szkoła, w której każdego dnia każdy
uczeń ma niby inne lekcje, (Bella ma tylko angielski, trygonometrię,
biologię i WF, a wszystko przerobiła w poprzedniej szkole),
nieodmiennie podobne rozmowy między nią a Edwardem, nic
się nie dzieje poza tym, akcja rozkręca się dopiero pod
koniec...
Warto? bo ja wiem, właściwie lektura nic nie wniosła, nie
zastanowiła... (no może poza tym, jaka to jest polska legenda
o Upiorze), ale mimo wszystko miło oderwała od rzeczywistości.
|
|
|
| |
"Przewodnik
rowerowy. Trójmiasto i okolice" Urszula Zwolińska,
Piotr Sawka, Miłosz Kędracki, Piotr Paweł Woźniak |
|
Ta pozycja właściwie nie powinna się tu znaleźć,
bo kto jest na tyle szalony żeby czytać przewodniki od deski
do deski? ;) Pewnie tylko taki rowerowy neofita jak ja ;)
Rower do tej pory kojarzył mi się ze szczęśliwym dzieciństwem,
gdy pełnił, w zależności od potrzeb rolę rączego rumaka
indianina (czy innego greenhorna), motor dzielnego policjanta..
czy był po prostu najszybszym sposobem przemieszczania się
po ulicy i okolicznych ówczesnych polach. Nie sądziłam,
że starczy mi kondycji i zapału żeby gdzieś jeździć, nie
do końca rozumiałam co ludzi tak ciągnie do rowerowych wypadów.
Aż w tym roku zdecydowałam się zakupić trekingowego rowerka,
takiego na którym wygodnie się siedzi i można pojeździć
poza miastem... i na nowo zaczęłam odkrywać te pola, lasy,
widok zachodzącego słońca i wieczorne cykanie świerszczy.
Zaczęłam widzieć na nowo miejsca znane z okien przejeżdżającego
samochodu, w niektóre dotarłam po raz pierwszy. Spodobało
mi się :)
Stąd przewodnik. Jak na razie zdążyłam zrealizować jedną
czy dwie wycieczki według wskazówek, ale już nie mogę się
doczekać następnego sezonu :) Sam przewodnik przydatny o
tyle, że dla większości z proponowanych dwudziestu wycieczek
przygotowano 2-3 warianty drogi o różnej długości i pozimie
trudności. Towarzyszą im informacje dotyczące tego co warto
po drodze zobaczyć. Opisy w miarę dokładnie, autorzy przejechali
te trasy nie tylko palcem po mapie. Tak dokładne, że niemal
można sobie wyobrazić jak tamtędy się jedzie.
Wyczynowcem rowerowym już nie zostanę, ekstremalnych górek
też nie planuję robić, ale na pewno pojeżdżę w okolicach
Trójmiasta - od Helu po Kaszuby. Fajne mamy tu tereny, wiele
dobrze przygotowanych szlaków rowerowych (z nadzieją na
kolejne), tak że przewodnik na pewno zostanie zweryfikowany
w całości w praktyce :)
|
|
|
| |
|
|
Lubię chodzić do teatru, czuć bliskość aktorów,
zasłuchiwać się w opowiadane historie. Jest jednak taka
sztuka, którą wspominam jako najnudniejszą w życiu, na której
walczyłam ze snem, której w większości nie zrozumiałam mimo
jako takiej znajomości języka (oglądałam ją w oryginalnym
wydaniu, czyli po francusku), gdzie w antrakcie jednym i
drugim zastanawialiśmy się czy to już koniec, czy tylko
przerwa, a po kolejnym akcie okazywało się że jesteśmy dokładnie
tam, gdzie byliśmy przy pierwszym antrakcie i kolejna godzina
nie wniosła niczego nowego. Męczące wspomnienie. To było
"Czekając na Godota" Samuela Becketta. Może on
i wielkim... dramaturgiem był, ale misię nie pasi.
Kiedy więc czytałam pełne zachwytów recenzje "Madame",
napisaną przez miłośnika twórczości Becketta i jego tłumacza
byłam mocno podejrzliwa. Czy zwolennik czegoś tak absurdalnego
jak twórczość Becketta mógł napisać coś, co by mnie zainteresowało?
Otóż mógł. I napisał.
Z okładki powitała mnie postać kobiety w czarnym berecie
nieoparcie kojarzącym się z Francją i Paryżem, zdystansowanej,
przykuwającej uwagę, choć z tym zmechaconym lekko sweterkiem
bardziej artystycznej niż eleganckiej. Po lekturze mniej
mi już pasowała. Na wewnętrznej obwolucie z kolei fotka
młodego autora, być może w wieku narratora, w stylu lat
1960., od razu przenosi w odpowiedni czas. Czyżby sugestia
wątków autobiograficznych? Autor czyni zabiegi aby tak własnie
tę książkę odbierać, jako prawdziwą, romantyczną historię
napisaną przez życie. Bez problemu możemy jej ulec.
O czym jest "Madame"? Fabularnie to historia
młodzieńczej fascynacji bohatera (jego imienia nie poznajemy),
ucznia klasy maturalnej, swą nauczycielką francuskiego.
Wydaje się ona istotą z innego świata, bo i jest takim barwnym
ptakiem uwięzionym w szarej PRL'owskiej rzeczywistości ta
wychowana we Francji 32-letnia kobieta. Bohater to chłopak
oczytany i dobrze władający francuskim, wicemistrz juniorów
w szachach i założyciel pierwszego jazzowego zespołu, a
jednocześnie miłośnik teatru i sztuki, bez problemu improwizujący
w aleksandrynie. Niby grzeczny i ułożony, a jednak zbuntowany
i niezależny. Alter ego autora? Bo czy taki 18-19 latek
mógł istnieć naprawdę?
Ten oto wyedukowany chłopak zaczyna bawić się w detektywa,
aby poznać szczegóły życia swej nauczycielki, a później,
zgodnie z zasadami szachowych rozgrywek prowadzi z nią subtelną
grę pełną aluzji, literackich cytatów, niedopowiedzeń i
dwuznaczności. Jednocześnie poznając bliżej koleje losów
jej i jej rodziców, uczy się i uświadamia sobie w jakim
kraju i systemie żyje.
To jedna warstwa. Kolejne to intelektualna zabawa w cytaty,
odniesienia, które pojawiają się po to, żeby na kolejnych
stronach nabrać nowego znaczenia. Conrad, Gombrowicz, Racine,
Hölderlin, Mann... zdecydowanie łatwiej je odczytywać znając
twórczy dorobek tych panów, zaś autor umyślnie odwołuje
się do bardziej wyrobionego czytelnika. Ale zapewniam, że
i bez tej wiedzy można się zaczytać.
Libera niewątpliwie jest erudytą, a składanie słów w wartką
opowieść przychodzi mu z lekkością równą błyskotliwym improwizacjom
jego bohatera. Do tego posługuje się piękną polszczyzną
(czy ktoś oprócz niego używa jeszcze czasu zaprzeszłego??),
podkreślając ważność i siłę słowa. Francuski oczywiście
też zna doskonale, więc dla kolorytu i lepszego oddania
atmosfery lekcji z Madame dodaje wiele wtrąceń w tym języku.
Aż mi się przypomniały moje lekcje francuskiego z czasów
licealnych. Na ogół lektorkami były kobiety, ale był też
i jeden wyjątek - chłopak, zapewne student lub absolwent
romanistyki... hm.. wtedy to były czasy! ;)
|
|
|
| |
"Najkrótszy
przewodnik po sobie samym" Gustaw Herling-Grudziński |
|
Bardzo adekwatny tytuł. Krótkie rozważania,
przypominające "Lapidaria" Kapuścińskiego, nie
spisane jednak, tylko nagrane w czasie programu telewizyjnego
i rozmów z Włodzimierzem Boleckim, który to potem opracował
i spisał. Do przeczytania w parę godzin. Ale warto te parę
godzin znaleźć.
Herling-Grudziński opowiada pokrótce o swych losach, choć
ta opowieść nie jest chronologiczna tylko tematyczna, np.
przyjaźniach w ciągu całego życia, o inspiracjach literackich,
malarskich, o nadziei, o miłości, samotności czy życiu na
emigracji. Szkoda, że tak bardzo pokrótce, chciałabym więcej.
Jego losy znam tylko z obozowego "Innego świata".
Chyba czas poznać również "Dzienniki pisane nocą".
|
|
|
| |
"Stuhrowie.
Historie rodzinne" Jerzy Stuhr |
|
Ocalić od zapomnienia... ta myśl mogłaby
być przewodnią rodzinnych historii Jerzego Stuhra. Często
zastanawiam się jacy byli moi dziadkowie, pradziadkowie,
bliżsi i dalsi krewni, w jaki sposób ich życie wpłynęło
na to jaka jestem. I czy wpłynęło, skoro z niektórymi się
nawet nie spotkałam? Bert Hellinger ze swą metodą ustawień
rodzinnych miałby tu pewnie coś do powiedzenia.
Jerzy Stuhr sięga w historii swojej rodziny do XIX w.,
gdy jego pradziadkowie osiedlili się w Krakowie. Z zapisów,
dokumentów, rodzinnych pamiątek i opowieści próbuje odtworzyć
jacy byli, jak się zachowywali, co mówili, czym sie w życiu
kierowali, słowem - stworzyć pełnokrwiste postacie.
Nie jest to autobiografia słynnego aktora i reżysera, nie
jest to opis artystycznych osiągnięć pana Jerzego, bo te
pojawiają się raptem w epizodach, wspominane głównie jako
powód jego częstych nieobecności. To sięgnięcie dalej w
przeszłość, przedstawienie losów krakowskiej inteligencji
na tle Polski pod zaborami, Polski w czasach wojen i powojennej.
Ale przede wszystkim historia rodziny spisana ku pamięci
następnych pokoleń, żeby lepiej rozumiały, może odnajdywały
się w swoich przodkach, widziały w nich żywe i barwne osoby,
a nie tylko imiona na drzewie genealogicznym. To ciepła
opowieść kogoś, kto wie jak ważna jest rodzina i najbliżsi.
I kto potrafił to, co najistotniejsze przekazać dzieciom
i wnuczce.
Na małżeńskim zdjęciu pradziadka możemy zobaczyć jak uderzająco
podobni są do niego zarówno Jerzy, jak i jego syn Maciek.
U dziadków i rodziców tak wielkiego podobieństwa nie widać.
Więc coś przechodzi i zostaje, nawet gdy zdawałoby się pominie
któreś z pokoleń. Ciekawe, jak wyglądali moi pradziadkowie...
|
|
|
| |
|
|
"Matchmaker, matchmaker make me a match,
find me a find, catch me a catch..." - w różnych kulturach
i epokach młode dziewczęta szukają idealnej drugiej połówki.
Ale o ile w "Skrzypku na dachu" szukały przede
wszystkim uczucia wbrew wszystkiemu, to tytułowa bohaterka
powieści Jane Austen tkwi w konwenansach, patrząc przez
pryzmat pozycji społecznych, a do tego zamiast pomyśleć
o sobie, swata wszystkich wokół. W filmowej ekranizacji
Emma w wykonaniu Gwyneth Paltrow była nawet sympatyczna.
Książkowa bohaterka bardziej razi swoim snobizmem i wyrachowaniem.
Jak zwykle u Austen - żywo narysowane postacie oraz opis
rozrywek i sposobu spędzania wolnego czasu przez średnio-wyższą
klasę pretendującą (czytanie cudzych listów, długie spacery,
szczegółowe opowiadanie co się komu przytrafiło..). Plus
zakręcone losy bohaterów w zestawieniach najbardziej nieoczekiwanych
- a może właśnie najbardziej oczywistych i słusznych.
Wcześniej czytane "Duma i uprzedzenie" czy "Perswazje"
pochłonęły mnie bardziej, "Emma" trochę się dłużyła
(czterysta stron swoje zrobiło), ale i tak nie był to czas
stracony. Na leniwe weekendowe popołudnia jak znalazł.
|
|
|
| |
"Patrząc
i słuchając - zapiski psychologa" Bogusław Borys |
|
Zapiski nie kojarzą się z niczym głębokim.
To raczej luźne obserwacje, refleksje, notatki zrobione
ku pamięci na skrawku papieru. I taka właśnie jest ta książka.
Daje zarys problemów, z jakimi spotykamy się w życiu na
różnych jego etapach - w stosunkach między dziećmi a rodzicami,
partnerami, wraz z nadchodzeniem starości. Zarys, bo gdy
temat zaczyna być ciekawy i chciałoby się go dalej poznać
- autor kończy krótki rozdzialik i zaczyna następny, poświęcony
już czemuś innemu. O Dorosłych, Rodzicach i Dzieciach czy
syndromie opuszczonego gniazda można znaleźć w większości
książek poświęconych psychologii. Tę książeczkę można uznać
za dobrą na pierwsze zetknięcie się z taką tematyką, napisana
jest łatwym językiem, wzbogacona w żartobliwe ilustracje
pana Jujki. We mnie pozostawila jednak uczucie niedosytu.
|
|
|
| |
"Ryzykantka"
Amanda Quick |
|
Była w promocji ;) Pierwsza z serii wydawniczej
Romans Historyczny, dawana w parze z "Dumą
i uprzedzeniem" (seria Klasyka Romansu), którą
za parę złotych chciałam nabyć. A jak już kupiłam - trzeba
było zobaczyć co to za cudo. Zwłaszcza, że jakąś
książkę tej autorki miałam okazję już czytać.
Historia banalna: bogata dziedziczka Victoria, ceniąca
swą niezależność, nie ma zamiaru wychodzić za mąż, zwłaszcza
za łowców posagów. Ma za to ochotę na ryzykowne przedsięwzięcia
i intrygują ją miejsca zwyczajowo niedostępne kobietom.
A w tych ryzykownych wyprawach pomagać jej będzie kto? właśnie
taki zubożały łowca posagów. Do tego wątek kryminalny, wstawki
romansowo-erotyczne (bo przecież nie może być takim wyrachowanym
łowcą posagów) i szlachetne pozytywistyczne rozwinięcie.
Widać niestety, że autorka leci według tej samej sztampy
w rysunku bohaterów, chyba że w tamtych czasach wszyscy
mężczyźni utykali na jedną nogę i wspomagali się laskami
- jak w obu powieściach, na które trafiłam.
Czy polecam? hm, nie mam za dużo do porównania jeśli chodzi
o romanse, zwolennikom gatunku może się spodobać. Ja jednak
wolę inteligentniejszą Jane Austen opisującą trafnie i ironicznie
otoczenie jakie znała, a nie takie farbowane lisy.
PS pierwsza z książek Amandy Quick w mych notkach nie dostała
ciut wyższej noty za to, że lepsza, po prostu miałam mniejsze
doświadczenie w tego typu lekturach ;)
|
|
|
|